piątek, 26 czerwca 2009

Nic się nie dzieje

Co za straszny dzień. Naprawdę nic się nie dzieje.
No może poza tym, że umarł Michael Jackson (brzmi to tragikomicznie - nie wiem czemu).
Jednocześnie to trochę jak jakiś objaw końca epoki. Niektórzy mówią: Pamiętam jak umarł Jim Morrison. Może ja kiedyś powiem: Pamiętam jak umarł Michael Jackson.

Tak czy inaczej: warto zalinkować.
Mój ulubiony kawałek.
Uważam, że jest absolutnie genialny klimatycznie.
Z równie genialnym clipem.
Czasem do niego wracam.
--klik--

Dorównuje mu (trochę) tylko ten:
--klik--

środa, 24 czerwca 2009

Udawajmy, że nic się nie dzieje

Brak mi nieco sił na refleksje natury codziennej (czego, jak widzę na różnych blogach, innym nie brakuje). Mamy tzw. kryzys, który w wyniku mojej dzisiejszej analizy płynności finansowej w firmie okazał się nie do końca li-tylko wytworem medialnym i nabrał kształtu wyrażonego w saldzie programu finansowo-księgowego Subiekt GT. Wypłaty nie obetnę, bo oznaczałoby to, że "leżysz pan i robisz pod siebie", ale sytuacja skłania do... "refleksji". Tak czy inaczej - życie toczy się dalej. Pewnie dlatego staram skupić się w wolnym czasie na czymkolwiek innym, co mnie interesuje. Chyba jest tak, że walka z czymś, czego nie umiemy zwalczyć polega na poddaniu się temu co nas spotyka i udawaniu, że nic się nie dzieje. Zatem udawajmy, że nic się nie dzieje. Dzięki temu jutro powiemy sobie "dzień dobry" a nie "o kurwa"...

Samoistnie pogłębia mi się fascynacja tzw. skaryfikacją i rytualnym zdobieniem ciała. To niezwykła w swych nieprzewidywalnych efektach ucieczka od codzienności. Pochłania mnie i wciąga. Ostatnio dopadłem do serii wyświetlonej (zdaje się) na DiscoveryWorld pt. Tatto Hunter. To 10 reportaży antropologa Larsa Krutaka, które pochłonąłem w dwóch 3-godzinnych podejściach. Powiedzmy sobie szczerze - marna reżyseria, brak tłumaczeń wypowiedzi rdzennych mieszkańców (np. ktoś mówi w narzeczu południowego Mozambiku przed 3 minuty i nie wiadomo o czym, do kogo, w jakim celu i jedyny wniosek narratora po tych 3 minutach brzmi "następnego dnia wstałem o 5.30"...), lekkie zamieszanie w płynności narracji i błądzenie pomiędzy wątkiem głównym a opowieściami z "tła". Mimo to gorąco zachęcam, bo sam chłonąłem wątek główny starając się odnaleźć odpowiedź na zasadnicze pytania: Dlaczego ludzie wbijają sobie dobrowolnie 1000 razy cierń krzewu pomarańczy w najczulsze miejsca ciała? Dlaczego tną sobie twarz nożem tylko po to, żeby powiedzieć "oto jestem - człowiek z plemienia XXX"? Co powiedziałby o kimś takim student marketingu i zarządzania z polskiego miasta dla którego szczytem odwagi jest zgłoszenie się na egzamin z ekonomiki (czy co oni tam zdają na tych swoich egzaminach - zakładam, że wiedzą coś o ekonomice). Czy dałby pociąć sobie twarz, żeby pokazać, że nie wstydzi się swoich korzeni? Ciekawie jest obejrzeć, jak świat zmienia kulturę i jak czasem kultura opiera się światu. Czasem to smutne - jak w przypadku studenta prawa z jednego z plemion wspomnianego Mozambiku, który odmawia skaryfikacji udając "że jemu to niepotrzebne bo i tak nosi koszulę". Ale czasem to fajne - jak w przypadku kobiety, która dzwoniła do mojego biura pewien czas temu i poprosiła o rozmowę z "tym miłym wytatuowanym panem, który poprzednio mi poradził żeby...". To naprawdę miłe.

Anyway - oblicza tatuażu i skaryfikacji są różne. Dla nas jako przedstawicieli kultury cywilizowanej - często przerażające. Ale tylko pozornie. Okazuje się, że jedno z plemion pije np. świeżą krew krowy. Szaman wbija w tętnicę nóż, a krew spływa do naczynia (krowa potem jest opatrywana i odsyłana na pastwisko). Straszliwy rytuał - tyle tylko, że jak się doda do tego mleka to okazuje się, że napój jest całkiem smaczny. A nie traci swej wartości rytualnej. I otrzymujemy taki... rodzaj cywilizacji w braku cywilizacji. I szczerze mówiąc niczym się on nie różni od jedzenia wieprzowiny - przez wielu przecież uważanej za "brudne" mięso - mięso zwierzęcia, które wkłada nos we własne odchody - czy jest coś bardziej ohydnego? Czemu pijąc sfermetowane winogrona bądź jedząc kiszone ogórki uważamy to za bardziej cywilizowane od obyczajów ludzi, którzy odmawiają spożywania tego typu odrażających i zepsutych (dosłownie) produktów?

Co by nie mówić - kultura to nie jest "obyczaj, który akceptujemy". Kultura to pewien całokształt, który niekoniecznie spotyka się z naszą akceptacją. Kultura to nie 5-centymetrowy skorpion wytatuowany po pijaku w przypływie odwagi u 17-latki. Kultura to 6 trójkątów na nodze Haitanki, które mówią "urodziłam się w górach na wyspie" - choć pozornie wyglądają zupełnie "badziewnie" w porównaniu z tym odważnym misternym wydzierganym w bólu skorpionem. Jeśli będziecie się kiedyś tatuować - nie dajcie się namówić na zabiegi typu "może zrobię ci to-tamto-śmo-gówno". Myślę, że przemyślany tatuaż straci wtedy swoją wartość duchową. No chyba, że wybraliście przysłowiowego "skorpiona". (czepiłem się tego nieszczęsnego skorpiona bo ostatnio retuszowałem ze zdjęć ślubnych skorpiona z przedramienia koleżanki - wyglądał żenująco i został zrobiony w wielu 18 lat w afekcie jako wynik impulsu "o kurwa jak fajnie by było mieć skorpiona na ramieniu - chodźmy dziewczyny se zrobimy takie co?" - i żałowała, że skrzywdziła się czymś takim, bo dla niej skorpion to tylko jakiś niebezpieczny południowy brzydki robak).

Przyznać muszę, że z pewnym zainteresowaniem patrzę na tatuaże innych ludzi - szczególnie jeśli są pokaźne, ciekawe graficznie, bądź umiejscowione w strefach, o których wiem, że bardzo bolą, kiedy są traktowane igłą. Takie zabiegi mają jakiś większy cel - poza ozdobieniem ciała. Nawet jeśli to tylko chorobliwość masochistycznego traktowania siebie. Reportaże pana Larsa Krutaka pokazują, że nawet w wydzierganiu kolcem krzewu cytrynowego stonogi na brzuchu może kryć się wielkie misterium. Zazdroszczę mu tego. Choć nie jestem masochistą.

Tatuaż jest częścią dziedzictwa kulturowego wielu ludzi. W wielu miejscach umrze śmiercią naturalną. Jak pas słucki w Rzeczpospolitej - "bo nikt nie obnosi się już w takim ubiorze". Chociaż część tych "ubiorów" jest ciągle całkiem żywa - najprawdopodobniej podda się działaniu czasu i zniknie. Szkoda - bo nawet jeśli wygląda strasznie - nikt jeszcze od tego nie umarł, a dla wielu blizny i rysunki były powodem do dumy.

Na koniec nadmienię, że celem pana Krutaka było zdobycie rytualnego tatuażu każdej z kultur, którą odwiedził. Prawie mu się udało - poza ostatnią, ale jeśli jeśli ktoś ma ochotę sprawdzić dlaczego, to niech sam obejrzy serię.

Na koniec kilka zdjęć:

To są ludzie zwani Kanigara z Papui Nowej Gwinei. Blizny są wynikiem nacięć ostrzem i symbolizują skórę krokodyla. Są symbolem odwagi. Aby je uzyskać, trzeba zabić krokodyla.



To jest rytuał plemienia Makonde. Zabawnie było zobaczyć minę Larsa Krutaka, kiedy dowiedział się, że jednak nie potną mu twarzy bo ten zaszczyt jest zarezerwowany dla wojowników Makonde...



To z kolei rytuał plemienia Betamarribe. Skaryfikacja stosowana jest już na kilkuletnich dzieciach. Jest wyrazem identyfikacji - symbolem przynależności. Jak dla mnie - ekstremalny sposób "oznaczania swoich". Ale mam szacunek dla ich zwyczajów i mimo piętna tzw. cywilizacji byłbym w stanie zrozumieć ten zwyczaj - mimo, że w przeciwieństwie do innych - nie niesie za sobą symboliki wartości.



Te blizny nie są świadomym tatuażem ani skaryfikacją. Wspominam o nich, bo wywarły na mnie wielkie wrażenie. Noszą je kobiety dobrowolnie poddając się biczowaniu podczas aktu przejścia ich synów w tzw. dorosłość. Są wtedy bite przez mężczyzn (no - prawie mężczyzn, bo chodzi o 20 letnich chłopców) batem. Akt przyjmowania razów jest dla nich okazem miłości. Kiedy podczas ceremonii mężczyźni rytualnie (obrzędowo) zakazują chłopcom bicia kobiet i odciągają je, część z tych kobiet nie chce przyjąć jakby tego do wiadomości i nakłania ich do bicia. Czasem dochodzi wręcz do tego, że kobiety dokonują samookaleczenia - co ciągle pozostaje ich wyrazem miłości do tych chłopców. Zasadniczą konkluzją tego wydarzenia jest fakt, że żaden z tych chłopców nigdy w przyszłości nie może odmówić pomocy kobiecie, którą uderzył batem podczas tej ceremonii. Jeśli będzie to potrzebne - musi nawet oddać za nią życie. Myślę, że to niezwykłe.

sobota, 13 czerwca 2009

***

"Zimno mi" ostatnio. Bardzo... Kiedy jest zimno staram się nalać alkoholu do szklanki. Napić się, a potem nalać gorącej wody do wanny i poleżeć słuchając w kółko Chord Sounds Moby'ego. Kąpiel przy muzyce nie ociepla klimatu, ale upłynnia wieczór. Bardzo. Aż do zaśnięcia. Szczególnie kiedy pada deszcz - a dziś bardzo pada. Lubię, kiedy pada.