wtorek, 28 grudnia 2010

Algorytm szczęścia na AD 2011



Gdyż albowiem ponieważ stary rok zaczyna już powoli śmierdzieć rozkładem, zamieszczam powyżej algorytm szczęścia - życząc powodzenia przez kolejne 365 dni wszystkim czytelnikom niniejszego dziennika. Właściwie to czytelniczkom raczej, bo wygląda na to, że jeśli chodzi o czytelników to zagląda tu tylko jeden ksiądz (kurwa muszę być strasznie "wczorajszy" skoro tylko ksiądz ma do mnie cierpliwość). Życzenia przesyłam już teraz bo 31 grudnia będę trochę zajęty (zmiana VATu na +1), a 1 stycznia będę się starał wytrzeźwieć i być gotowym na 2 stycznia (spotkanie z klientem o 10 rano - przyjmuję kondolencje od dziś).

Algorytm powyższy chciałbym skierować przede wszystkim do moich ulubionych linków (w kolejności w jakiej zostały podlinkowane):
Madame - tej co niby wie jak wygląda algorytm, ale udaje, że się na tym nie zna i unika odpowiedzi;
PoProstu - tej co ma za dużo do stracenia, żeby się podobnym diagramem przejmować i żyje po swojemu tak, jak potrafi;
Agnieszki - tej, co ma dużo odwagi na codzień, ale za mało na codzień (jej szczególnie go dedykuję);
Sylwii - której nie znam zbyt dobrze, ale i tak jej życzę zrealizowania logiki diagramu, bo wyjdzie na tym dobrze i ona o tym na pewno wie;
Ojca Grzegorza - żeby miał siłę i zarażał nią wszystkich, którzy go otaczają.

Algorytmu niniejszego nie kieruję do:
Allphy - mojej najstarszej znajomej blogowej, która walczy naprawdę dzielnie z okolicznościami swego życia i którą wielce podziwiam za siłę i za to, co dotąd osiągnęła - ona nie potrzebuje algorytmów, by stawić czoła temu co ją spotyka;
Ptaszki - ogromnie ciepłej dziewczyny wieku nieznanego dostarczającej mi wielu miłych doznań podczas czytania swych postów i oglądania wykonanych przez siebie zdjęć z miejsc różnorakich - żałuję, że nie znam jej osobiście - myślę, że mielibyśmy o czym rozmawiać i byłaby to długa rozmowa;
Nagiej - mojej ukochanej towarzyszki w każdej niemalże minucie mojego życia od kilku już lat - ona najmniej go potrzebuje, bo sama pisze najlepsze algorytmy, które są dla mnie wzorem matematyki życia.

Najlepszego. Dołączam hitowy kawałek - żeby nie było, że mięknę na starość:

wtorek, 21 grudnia 2010

Czasem

Czasem mam tak, że chce mi się napisać posta, ale mi się nie chce. Za dużo pisania. Mam świadomość pewnego oczyszczenia wynikającego z siły "napisania" i bardzo mi tego potrzeba - ale żeby dojść do tzw. wyniku końcowego... to już nie mam siły. A szkoda, bo akurat godzinę mam - kacze nogi się pieką w piekarniku, a doświadczenie wskazuje, że 50 minut to w sam raz + 10 dodatkowe na "okrzepnięcie". I kolejne 10 na przygotowanie frytek. Ale to tylko pomiar czasu i ma się nijak do miary myśli. Że też nie umiem napisać "jednozdaniowegoposta". Więc może streszczając sprawę:
- jutro "proszony śledzik" w doborowym towarzystwie - instytucja finansowa, ważna persona w randze dyrektora - ogolę się chyba nawet;
- jutro przedwstęp wigilii w świecie przedsiębiorców - upiję się pewnie wieczorem jako przedstawiciel rzeczonej "rasy";
- a może upiję się i dziś;
- M*** wisi mi pieniądze za art. AGD;
- P*** wisi mi pieniądze za art. IT;
- C*** wisi mi uśmiech za miłość.
Posłucham jeszcze i pójdę zjeść:



A na tym akordeonie oczywiście gra Czesław.
(***)
- Możesz ściszyć muzykę?
- Mogę

wtorek, 14 grudnia 2010

Warsaw by night - Czesław

Jak mawiał poeta: Warsaw by night is good. Wy Warszawiacy nie czujecie tego klimatu. A nawet jak czujecie - to w sposób odmienny. A to nie to samo - więc nie próbujcie się wczuwać, bo nasz system współczulny nie da rady tego ogarnąć. Są w Warszawie blondynki za kierownicą i jest piękne światło zimowego wieczoru. Jest zimno i do-domu-daleko. I jest xRes i jest Naga. I tzw. pierwszy-lepszy-bar. I jest w nim piwo i cuchnące chipsy:


I cudne chwile na żółtoniebiesko przy stoliku na pięterku - stworzonym wprost dla takich co to niby nas-tu-niema. I nie było nas tam. Nie pamiętam, gdzie byłem. Nie widziałem siebie i nie myślałem o sobie.
A potem ruszamy lekko wstawieni na poszukiwania klubu Mechanik. Podobno klub w latach 60-tych był namiotem z napisem MECHANIK. Mam wrażenie, że takim pozostał. Ale kiedy siadamy ostentacyjnie na podłodze z kolejnym piwem w dłoni rozumiem, że kluby tworzą ludzie - nie mury. Szczególnie ludzie z piwem. Dużo młodych - a ja nawet nie wyglądam na studenta. I wszyscy jakby pijani a ja trzeźwy. Choć południowo-zachodni sektor publiki zdawał się uczestniczyć wcześniej w czterech innych koncertach zupełnie innych zespołów to grupa w okrojonym nieco składzie wywołała uśmiech na mojej twarzy. Oni jednak nie są normalni. I mam wrażenie, że wdzięczna mina Czesława mówiącego Dziękuję po udanym kawałku zawsze będzie mnie rozkładać. Byliśmy niedaleko - całkiem niedaleko:



Bardzo blisko siebie.

A na koniec było Caesia&Ruben:





There was a boy,
and there was a girl,
and if they could,
they would leave this world they,
tried a lot to give it a shot,
and so one day they flew.
Watch them now,
walk hand in hand,
they managed somehow,
Their own promised land.


Paliłem na zewnątrz papierosa obok perkusisty Troelsa, który powiedział do jakiegoś ciekawskiego widza, nim odeszliśmy: You know - then (after the gig) it's just ordinary life. You know - I go home, meet my kid and pretend to live normal life... Co za ironia. Pora wracać. Zimno jak jasna cholera.

czwartek, 9 grudnia 2010

Catch the blue train

Niesamowite rzeczy się wydarzają. Po zabieganym poranku, jadąc samochodem próbując ogrzać zmarznięte ręce, usłyszałem w radio piosenkę i zalała mnie dosłownie fala... czegoś.

Kiedy miałem 13-14 lat słuchaliśmy dużo muzyki nagrywając ją z radia (z trójki). Kupowaliśmy kasety magnetofonowe w Pewexie - chromowana taśma Sony kosztowała 90 centów i miała długość 90 minut. Wybierałem 90-minutowe kasety bo można było zmieścić całą płytę ulubionego zespołu na jednej stronie, a wyjmowanie i przekładanie kasety na drugą stronę było dla mnie koszmarem. A różnica w cenie była pewnie niewielka - nie pamiętam - w każdym razie nie splamiłem się nigdy kupnem 60 minutowej taśmy. W 1987 roku nagrałem sobie kopię płyty Nothing Like the Sun na jedną stronę kasety Sony Chrome w kolorze niebieskim, a jakiś rok (dwa?) później zawładnął mną kawałek w którym facet mówi pięknym głosem coś czego kompletnie nie rozumiałem przy akompaniamencie muzyki, która wydała mi się bardzo fajna. I postanowiłem zbeszcześcić świętą kasetę za 90 centów nagraniem jakiegoś amerykańca - nagrywając to na początku strony B (nadmieniam że użyłem sprzętu znakomitego jak na owe czasy - magnetofonu Condor produkowanego w pobliskiej fabryce w wersji eksportowej (czyli z głowicą produkcji japońskiej). Oczywiście sprzęt nie był mój - miałem kolegę, którego rodzicielka wyjeżdżała na handel do Jugosławii i miała większe zasoby gotówki na prezenty dla swoich dzieci). Pamiętam, że wtedy angielski był dla mnie pewną miłą dla ucha melodią i wiedziałem, że kiedyś się go nauczę - żebym miał zdechnąć. Kiedy dziś słuchałem tego, śmiałem się sam do siebie, bo ilość przesłuchań tego kawałka spowodowała, że znałem tekst doskonale po tylu latach - tyle tylko, że all way to kokomo było wtedy dla mnie all the way to go c'mon i tym podobne porażki lingwistyczne ucznia podstawówki, czasy kiedy pisało się na kartce tekst w obcym języku tak, jak się go słyszy. Właściwie to przez ponad 20 lat nie miałem okazji/chęci/potrzeby zastanowić się nad tym, czy nasz los nie jest jakoś zapisany wcześniej. Aż do dziś - do dnia kiedy rozumiem o czym mówi ten miły głos w swym monologu przerywanym melodyjnym refrenem. Przeraziła mnie myśl, że może mając 14 lat - już wiadomo kim będziemy za kolejnych lat dwadzieścia-kilka. I tak jak dziś - obudzimy się, rozumiejąc, że to po prostu było nam przeznaczone - charakter kształtuje się wcześniej niż nam się wydaje i marny mamy na to wpływ. Jak sobie to uświadamiamy to już jest za późno. Budzi we mnie dziwny uśmiech ta scena z pierwszej zwrotki tej "mojej piosenki" - siedzi facet w barze i upija się i podchodzi do niego cudna dziewczyna pytając: Jak to jest, że zawsze kończysz tu w knajpie u Nicka? A facet mówi zalotnie: Nie wiem - to chyba wiatr jakoś wypchnął mnie w tym kierunku... (odpowiada robiąc w tzw. międzyczasie kretyńską komiczną minę - jakbym widział siebie samego...). A ona mówi: Hang the rich (właściwie nieprzetłumaczalne w prosty sposób). A potem wydarza się "coś" (zapewne).

To "wielki" kawałek - posłuchajcie Robbie Robertsona - w ciszy i spokoju do końca - mojego "znajomego" z 1988 roku.



Yeah, I can see it now
The distant red neon shivered in the heat
I was feeling like a stranger in a strange land
You know where people play games with the night
God, it was too hot to sleep...
I followed the sound of a jukebox coming from up the levee
All of a sudden I could hear somebody whistling from right behind me
I turned around and she said:
"Why do you always end up down at Nick's Cafe?"
I said... "I don't know, the wind just kinda pushed me this way."
She said "Hang the rich"

piątek, 3 grudnia 2010

1 Kor 13

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca
albo cymbał brzmiący. 


Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym. 


I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał. 


Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą. 


Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma. 


Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa, które się skończą,
albo jak dar języków, który zniknie,
lub jak wiedza, której zabraknie. 


Po części bowiem tylko poznajemy,
po części prorokujemy. 


Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe,
zniknie to, co jest tylko częściowe.

Gdy byłem dzieckiem,
mówiłem jak dziecko,
czułem jak dziecko,
myślałem jak dziecko. 


Kiedy zaś stałem się mężem,
wyzbyłem się tego, co dziecięce.

Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno;
wtedy zaś [zobaczymy] twarzą w twarz:
Teraz poznaję po części,
wtedy zaś poznam tak, jak i zostałem poznany.


Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy:
z nich zaś największa jest miłość.

To tak do poczytania - czasem warto poczytać.

piątek, 26 listopada 2010

Czesław zaśpiewa


Z pewnością rok ten będzie można nazwać rokiem Czesławowskim. I Chopinowskim też, bo Czesław na koncercie mówił o Chopinie. Powiem krótko: za dwa tygodnie, stolyca, Klub Mechanik, Czesław, Naga, xRes i wielka ilości "masy". Do zobaczenia.

***
Ale żeby nie było, że w kółko o tym samym trąbię wrzucę muzyczny podkład z  posta, którego nie opublikowałem, a powinienem był. Nie wiem czy był to brak determinacji czy rozumu. To już nieistotne. Jak to śpiewał pan Soyka: co było wczoraj, odeszło w cień - niepamięci niech się święci cud.

Zawsze lubiłem ten kawałek - jest dobry, kiedy się wraca skądś i czuć w sercu coś takiego, że nie wiesz tak naprawdę czy... wracasz czy wyjeżdżasz i masz nadzieję że wrócisz? Kompletnie pojebane uczucie.



Yeah I left with nothing
But the thought you'd be there too
Looking for you...



Yeah I left with nothing
Nothing but the thought of you
I went wandering.

czwartek, 25 listopada 2010

Czesław śpiewał


I to jak. Nie spodziewałem się, że facet ma taki "pałer" i tyle charyzmy. Banda cudaków przedziwnie ubranych: koleś z akordeonem w stroju szwajcarskim pokazujący wszystkim język, facet z waltornią w stroju "mam tylko koszulkę od młodszego syna kolegi" i spodnie na szelkach, dziewczyna z lat 30-tych z kieliszkiem wina, długowłosy perkusista w zdecydowanie za krótkiej marynarce "po tatusiu"... i gitarzysta - członek zespołu Elvisa przypadkiem przejeżdżający obok. No i Czesław - na czarno i w czapce wełnianej typu "jestem raperem z Zabrza". Mnóstwo kakofonii instrumentalnej, która nagle ucichała, żeby zrobić miejsce blondynce i jej klarnetowi. Jakieś dziwne wstępy Czesława, w których czasem gubiłem się nie wiedząc, czy to opowieść życiowa, czy już początek piosenki. Miło teatralnie i ostro muzycznie - bebechy mi się trzęsły od niskich dźwięków instrumentów. Publika jak zwykle dziwna - każdy chce być kolegą wokalisty zamiast po prostu słuchać. Bo przecież Czesław to kolega każdego. Przekrój wiekowy - jeszcze dziwniejszy - kilkanaście rozpalonych 17-latek przy samej scenie i sporo 40-50 latków w cieniu - jakby się wstydzili, że przyszli do klubu muzycznego.

Jest w muzyce na żywo coś, czego nie da się odtworzyć w żadnym albumie. Wszyscy piją - Czesław zdążył wypić trzy Heinekeny z czego jeden był integralną częścią piosenki. Perkusista spalał się w blokach, żeby wreszcie sobie zapalić (aż nie wytrzymał mimo wszechobecnego zakazu palenia). "Krucha blondynka" wykonana z piwem w ręku i zamkniętymi oczami to nie to samo co teledysk obejrzany na YouTube. Jednym słowem - duże nagromadzenie "masy" w jednym miejscu, mocne dźwięki orkiestry okrętowej z rejsu po Wiśle, mnóstwo żartów z tego, co nas otacza na co dzień. I w końcu okrzyk publiczności: Po-każ grzywkę, po-każ grzywkę. No i zdjął czapkę, a wszyscy umarli.

A kiedy wyszedłem - padał pierwszy w tym roku śnieg.

czwartek, 18 listopada 2010

Grać - nie srać


Let's go horses on the beton. Nareszcie Czesław śpiewa w moim mieście. W te pędy udałem się po bilet, który zakupiłem dziś rano. Piszę to, by usprawiedliwić samego siebie przed sobą. Zawsze uważałem, że facebook to kompletnie bezużyteczny wynalazek służący kompletnie do niczego. Dziś wreszcie się przydał, bo jakiś czas temu zdecydowałem się zarejestrować i kliknąłem Lubię to na profilu Czesława. I Czesław odpowiedział na tzw. tablicy obwieszczając najbliższe plany koncertowe. Więc może to nie jest tak całkiem bezużyteczne. Jak mawia nawalony Czesław: Grrrrać! Nie srrrrrrać!

W przedsmaku wydarzeń tonąc:



Uciekła ładna babeczka,
z dość wesołego miasteczka,
Lecz jakie były powody,
że mimo wielkiej urody,
nie miała tam powodzenia,
i rzekła: cześć, do widzenia.


To chyba nie sprawa ceny,
Ani wątpliwej higieny,
z pewnością ktoś ją przestraszył,
peta jej zgasił w kaszy,
albo ją zalał winem,
czy innym jakimś płynem.


Mógł też jej złamać paznokieć,
wsadzić jej w oko łokieć,
pokazać swój interes,
lub wyjąć skądś siekierę,


"Chrzanić takie miasteczko",
rzekła wkurzona deczko,
zwinęła w ciup usteczka,
i poszła precz z miasteczka.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Historia listopadowa


Jak zwykle dałem dupy jako katolik i nie uczestniczyłem we mszy, w której każdy powinien uczestniczyć. Ale i tak dzień był dobry i czuję się niejako spełniony duchowo. Spędziwszy miłe chwile z młodym odwiedziliśmy wszystkie miejsca, które powinny być odwiedzone w tym dniu. Było też dużo wspominków o zmarłych. I o tym święcie ogólnie.
Wiesz dlaczego to święto wypada właśnie teraz, a nie np. 1 marca? Na pewno nie wiesz :) Podobno wtedy właśnie rozpoczął się ten biblijny potop... No przynajmniej tak twierdzą zapiski Mojżesza :) I szczerze mówiąc nie mam pojęcia jaki to ma związek ze Świętem Zmarłych. No, ale tak po prostu jest. Pamiętaj, że nie chodzi o to by kupić duży wieniec i zapalić znicza. Jak nie zapalisz to nic się nie stanie. Ważne, żeby pamiętać o tych co tu leżą. Nie jest to też chyba jakieś masakryczne poświęcenie, żeby się wybrać na cmentarz raz do roku. Nie wiem też o co chodzi z tymi dyniami amerykańskimi. Wiem, że kiedyś, dawno temu, niektóre kultury wycinały dynie i wstawiały tam świeczki, żeby odgonić tzw. złe duchy - bo kiedy taka dynia stoi przed domem to "zły" nie podejdzie :) Anyway - w naszej rodzinie zawsze było jakieś fatum związane ze śmiercią - szczególnie dzieci. Tak się dzieje od ponad 150 lat, że pierwsze dziecko w rodzinie umiera. Dziś odwiedzimy groby czworga takich dzieci i sam się przekonasz. Opowiem Ci historię, którą usłyszałem kiedyś od swojej babci - kilka lat temu, nim umarła. Są u nas 3 takie historie o duchach, które się opowiada - podobno wydarzyły się naprawdę. Babcia mówiła, że 2 usłyszała z "trzeciej ręki", ale jedną zna od swojego dziadka i wierzyła w nią zawsze. To było gdzieś w okolicach Powstania Listopadowego - Twoja ciocia ustaliła, że chyba między 1830, a 1835 rokiem. Dziadek mojej babci ożenił się wtedy z piękną kobietą z biednej rodziny, ale ona zmarła i został z dzieckiem sam. Miał tylko swoje siostry. A to były czasy, kiedy o statusie społecznym świadczyło to, że masz w domu podłogę, a nie tzw. klepisko. A dziadek miał prawdziwą podłogę i jego żona była taka dumna z tego... Niestety został z tą podłogą i małym dzieckiem, które koszmarnie płakało co noc. Wtedy były czasy, kiedy nie było kołysek takich jak dziś - mocowało się do sufitu kosze wiklinowe i nich dzieciaki spały i były kołysane. Pewnej nocy - jak zwykle okupionej wielkim płaczem dziecka - księżyc był bardzo jasny i poświata wpadła do pokoju. Dziadek chciał wstać do płaczącego dziecka i był tak zły, że miał ochotę je uderzyć. Podobno był bardzo porywczy i nerwowy. Ale zobaczył nagle cień, który w poświacie księżyca pojawił się w rogu zaczął się przesuwać w kierunku koszyka z dzieckiem. Podobno wtedy prawie się zesrał ze strachu. Kiedy cień zbliżył się do dziecka - ono przestało nagle płakać i zaczęło kwilić radośnie. A dziadek struchlały leżał na łóżku i nie miał odwagi się poruszyć. Aż zaszedł księżyc. A on myślał o tym, że to jego piękna żona przyszła uspokoić dziecko. Ale nie wstał mimo wszystko, aż do rana. Bał się. Następnego dnia - bladym świtem - ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Było naprawdę wcześnie i żadna z sióstr albo nie słyszała walenia do drzwi, albo nie chciała po prostu słyszeć. Koniec końców - jedna z nich - Katarzyna - wstała i otworzyła drzwi. Nie było za nimi nikogo. A na śniegu zalegającym dookoła nie było absolutnie żadnych śladów - ani stóp, ani nawet śladów kota czy wróbla, który mógłby narobić hałasu. Po prostu nic. Jakby ktoś podleciał na skrzydłach i ostrzegł ich przed tym, co miało zdarzyć się wieczorem. Wieczorem dziecko dziadka Twojej babci umarło... Potem umarła siostra Twojej prababci - miała jeden dzień. Potem siostra Twojej babci - miała koło miesiąca. A potem siostra mojego taty - miała na imię Ewa Berta. Zaraz pójdziemy odwiedzić jej grób. A potem syn mojego wujka - Grzesio. A potem Ewa - córka mojej cioci i Ania - córka jej córki, a mojej siostry ciotecznej - ich groby tez odwiedzimy. Powiedz mi czy to nie fatum? Różnie się życie układa - chyba my fatum przełamaliśmy, bo jesteś moim synem, żyjesz i masz się świetnie :))) 
(tfu tfu)

niedziela, 24 października 2010

Piździ

Robi się nieco zimno. Zatem trzeba ruszyć na poszukiwanie ciepła. A że najbliżej do spożywczego to polecam zakup składników i przygotowanie tego co następuje wg kolejności:

  • piwo jasne 0,5 nalać do garnka
  • dodać łyżeczkę cukru
  • podgrzać zawartość porządnie
  • dodać łyżeczkę miodu
  • dodać soku malinowego wedle uznania
  • posypać powierzchnię cynamonem
  • podgrzać aż miód się rozpuści
  • ukroić zajebisty paster pomarańczy i wrzucić do kufla
  • zalać pomarańcze piwem - piwo ma być gorące jak jasna cholera, bo temperatura szklanki i otoczenia spowoduje ochłodzenie trunku i będzie można pić od razu
Świetne. Ale... Kiedy piłem ów wywar, czegoś mi brakowało - trochę jak z bzykaniem w prezerwatywie: podobno jest normalnie, ale... coś nie tak. A że zdarza mi się myśleć to szybko doszedłem do sedna: należy użyć koniecznie piwa jasnego, ale mocnego - najlepiej Faxe 10% lub Perła Czarna Extra Strong. Zwykłe piwo jest trochę bezpłciowe i nie ma "koordynacji" z dodatkami. A jeśli już ma to trochę taka "babska" ta koordynacja. Ponieważ smak wersji strong nie dla wszystkich jest znośny i nie bardzo pasuje do lekko słodkiego grzańca należy zamiast łyżeczki miodu dodać zajebistą łychę miodu - taką wielką górę. Natomiast plaster pomarańczy trzeba pokroić na 4 części i przed wrzuceniem do kufla lekko wycisnąć. Gwarantuję, że nikt nie zczai, że pije 10-procentowe piwo, którego zapewne na codzień nie znosi ze względu na hardkorowy smak. Orgazm. Chwalmy Pana za to, że uczynił nas wystarczająco pomysłowymi, by uprzyjemnić sobie dni, kiedy jest zimno.


Do tego 10% procentowy ciepły kawałek:



Życzę ciepła.

czwartek, 7 października 2010

Matka prawdę ci powie


- Może byś rozdzielność majątkową zrobił, bo źle to wygląda...
- Nie mam głowy do tego - tyle teraz tego wszystkiego... Sama widzisz.
- Przekabaci ci dziecko i zobaczysz. Ja się dopytam jeśli mnie upoważnisz.
- W jakim sensie upoważnię??
- No jeśli nie będziesz miał nic przeciwko temu to dopytam znajomą z Sądu Rejonowego.
- Zapytaj jak będziesz miała okazję - może i faktycznie... Na obecną chwilę nie wiedziałbym, jak się do tego zabrać.
- Kij jej w oko jak taka jest. Ale pracujesz tyle i potem gówno będziesz miał. I dziecka szkoda, bo go przerobi na "swoje"...
- Pieniądze są pośrednie w tym, nas spotyka.
- Ja się lepiej zapytam.

Tak oto filozofem zostałem.

piątek, 1 października 2010

***

Motto:



Brunet Wieczorową Porą - S. Bareja

No i jak u Barei - wchodzę do biura, a ona siedzi. W moim osobistym biurze, na moim osobistym fotelu, gaworząc z moim osobistym wspólnikiem. Do kompletu brak tylko mojej osobistej żony. Przyjechałem najszybciej jak mogłem, bo przecież jakaś pani na ciebie czeka. Panie - jak wiadomo - nie powinny czekać na panów. Siedzi sobie i patrzy na mnie wzrokiem typu I co idioto? Co za dziwaczne uczucie, kiedy kogoś, kogo ukrywamy przed całym światem, czasem nawet przed samym sobą, zastajemy nagle w "środku" swojego życia. Musiałem być w ciężkim szoku, bo chyba nawet się nie przywitałem - albo się przywitałem, ale będąc w szoku - nie pamiętam, czy się przywitałem. Najwyraźniej przejeżdżając 200 km miała w... głębokim poważaniu rozważenie opcji, że:
  • może mnie nie być w mieście
  • mogę być w mieście - ale innym
  • żona mogła mnie odwiedzić w pracy
  • jej partner mógł ją odwiedzić w pracy
  • mogę być chory i leżeć w domu (no - tego pewnie akurat nie rozważała - nie choruję)
Bo niezapowiedziane wizyty mają to do siebie, że są niezapowiedziane. A kobiety mają to do siebie, że są nieprzewidywalne. Jak deszcz, czy opóźniony pociąg. Np. do Bydgoszczy. I jak połączymy obie te prawdy to dostajemy... latte macchiato w Akwarela Cafe.


Co za trauma. Od razu po wejściu zauważyłem 40-latka o wyglądzie 30-latka tłumaczącego coś 25-latce - na tyle intensywnie, że ich twarze były zbliżone do siebie na jakieś 30 cm (notabene potem, przy kontuarze, podczas płaceniu rachunku, chwycił ją za tyłek bezpardonowo, a ona zareagowała, jakby to było zupełnie normalne). Nim usiedliśmy przy pozornie najlepszym dla nas stoliku - odczytałem treść z postera wiszącego przy nim:

Choć dłuższą chwilę śmialiśmy się z tego głośno i serdecznie, pomyślałem: co jeszcze się zdarzy?

Nic z "tych" rzeczy się nie zdarzyło. I wcale nie byłem zły za tą wizytę. Byłem zadowolony. Długo potem o tym myślałem. W tej kawiarni przypomniałem sobie jak świetnie się z nią czuję - bo chyba zdążyłem zapomnieć. Zupełnie na luzie - choć coś krąży między nami. Lubie słuchać, co ma do powiedzenia i drwić sobie z tego, samemu nic nie mówiąc. I lubię jak mnie zaczepia nogą pod stolikiem mówiąc prawdę "między oczy". Tworzą się wtedy związki chemiczne o zupełnie nieokreślonym składzie - nie do odtworzenia w warunkach laboratoryjnych. Brak mi tego.

Odjechała szybko - jakbyśmy zdążyli się tylko zobaczyć za oknem.

- I oczywiście jakieś smuty na koniec będą. Ktoś zawyje.
Pewnie, że tak - muzyka zawsze dopełnia to, czego brak:



Reign of love
I can't let go
To the sea I offer
This heavy load

wtorek, 28 września 2010

...

A w ogóle to grzać zaczęli chyba. W kaloryferach znaczy - woda gorąca popłynęła. Chociaż jako znak zwrotu między porami roku w kranach popłynęła brązowa namiastka wody. Że niby odwracają bieg w instalacji, więc "Informujemy w związku z odwróceniem kierunku biegu przepływu o chwilowym spadku ciśnienia i zmianie zabarwienia wody, co powinno ustąpić w ciągu kilku dni. Za utrudnienia przepraszamy. SM".

Dla mnie brzmi jak: "Będzie wam się lało na brązowo jakiś czas z kranu - jak macie odwagę to się napijcie herbaty - BDSM HardFetishTeamKtórejPłacicieZaŁaskawąMożliwośćMieszkania"

Jak tu się nie "nagrzać", skoro zaczęli grzać i zimno wszędzie. Przynajmniej linka dostałem na pocieszenie. Może i komercha, ale podoba mi się:



PS. Mimo wszelkich niedogodności i tak nie zamieszkam nigdy w tzw. posesji z domem wolnostojącym - sami sobie zapierdalajcie z węglem, olejem, czy innym wynalazkiem, który was ogrzewa.

poniedziałek, 27 września 2010

Ballada o ubocznych skutkach alkoholizmu (part II)

Zdaje się, że w poprzednim poście umknął mi nader istotny fakt - chciałem wkleić rozmowę, a wkleiłem monolog. Monolog wstępny.

xRes
2010-09-25 00:31:30
kazesz mi sie bac? nie - raczej nic juz nie może mnie spotkac - przegiąłem juz w tylu momentach
wiesz ze nie moglem nie napisac o tym co sie wydarzyło
musiałem "gdzieś" to wyznać



***

C***
2010-09-25 01:20:05
tylko tyle?
musiałem wyznac?
wiesz jak to cholernie boli?
przegiąłeś w tylu momentach- czy zawsze musisz przeginać tak że mnie to boli?
czy jeśli przeginanie nie jest ci obce- nie mogłeś przegiąć kurwa w drugą stronę?
2010-09-25 01:23:42
czasami myślę że robisz to celowo- ze powolne zabijanie kogoś kto cię kocha sprawia ci jakąś przyjemność
2010-09-25 01:24:05
nic cię nie może spotkać? nie kochany
2010-09-25 01:24:22
z mojej strony może cię jeszcze wiele spotkać
2010-09-25 01:31:01
nie mogę spać
2010-09-25 01:31:10
jak ja mam teraz żyć do cholery?
2010-09-25 01:31:23
kurwa przecież byłeś wszystkich
2010-09-25 01:31:26
wszystkim
2010-09-25 01:31:29
jak mogłeś
2010-09-25 01:31:46
powiedz mi - jak do cholery mogłeś mi to zrobić?????????????????????????????
2010-09-25 01:31:54
za co?
2010-09-25 01:32:04
za to że byłam cierpliwa?
2010-09-25 01:32:18
że rozumiałam  cię i kochałam?
2010-09-25 01:32:23
że byłam wierna?
2010-09-25 01:32:45
za co mnie tak ranisz ty cholerny skurwysynie?
2010-09-25 01:33:24
nie masz pojęcie jak ja to przeżywam nie masz o niczym pojęcia
2010-09-25 01:34:23
codziennie myślę o tobie chociaż zadałeś już taki ból cały czas myślę ciepło
2010-09-25 01:34:56
tracę siebie po kawałku każdego dnia już nie wstanę za dużo tego
2010-09-25 01:35:19
to tak jak z tym postem o szramie na ciele to już zostanie
2010-09-25 01:35:28
mam kogoś teraz pokochać? wolne żarty
2010-09-25 01:35:44
nawet jak zdarzy się ktoś interesujący - myślisz że zaufam?
2010-09-25 01:35:59
tobie zaufałam, skutecznie mnie z tego wyczyściłeś
2010-09-25 01:36:19
zabrałeś wszystko, wszystko co się dało i poszedłeś bez wyjaśnienia!
2010-09-25 01:36:29
a ja nadal starałam się zrozumieć
2010-09-25 01:37:01
ale jak powiedz jak do cholery mam rozumieć to że dla mnie nie masz czasu za to znalazłeś go na migdalenie się z jakąś studentka?
2010-09-25 01:37:31
i co? tak bez tłumaczenia się przez żoną bez niczego?
2010-09-25 01:37:45
więc to tylko ze mnie musiałbyś się tłumaczyć tak?
2010-09-25 01:38:05
i teraz też- piszę - napisz kim ona jest, ale ty oczywiście nic
2010-09-25 01:38:14
po co mi cokolwiek tłumaczyć
2010-09-25 01:39:14

ja nie żartuję jestem w okropnym stanie i jeśli przeżyję tę noc będę chciała jak najprędzej się z tobą zobaczyć i porozmawiać
2010-09-25 01:39:42
chcę wyjaśnien dlaczego odszedłeś
2010-09-25 01:39:55
nie wiem co robić
2010-09-25 01:40:13
czemu mi to zrobiłeś?
2010-09-25 01:40:27
czemu tak bardzo zapewniałeś ja uwierzyłam
2010-09-25 01:40:32
uwierzyłam ci rozumiesz?
2010-09-25 01:40:55
Znasz cos bardziej okropnego niż złamanie komuś serca?
2010-09-25 01:41:37
powiem ci ze różne miałam w życiu przygody ale nie zdarzyło mi się nic gorszego - naprawdę
2010-09-25 01:41:54
wszystko wytrzymałam ale to....
2010-09-25 01:42:49
siedzę teraz w ciszy i patrzę w ekran
2010-09-25 01:43:13
co ja teraz zrobię
2010-09-25 01:43:18
co się wogóle stanie
2010-09-25 01:43:33
mam naprawdę złe myśli

***

xRes
2010-09-25 21:35:38
nie pamiętałem tego pytania "kto to jest"... i w ogóle odpowiedzialem lakonicznie - byłem zbyt pijany - tak samo jak pijany byłem pisząc tego posta - ale ciążył mi więc musiałem napisać - można rzeczywiście to określić że "naszczekał i uciekł" - przyznaję (dopóki jestem trzeźwy)
2010-09-25 21:36:43
powiem Ci że - myśl co chcesz - ale nie mam żadnych szczególnych uczuć wobec tego wydarzenia
2010-09-25 21:37:52
nie mam w sercu uczucia że dopuściłem się zdrady wobec Ciebie
2010-09-25 21:38:22
największą porażką jest właśnie to "kto to jest"
2010-09-25 21:38:56
***************************************
2010-09-25 21:39:26
***************************************
2010-09-25 21:41:25
naprawde nie pamiętam jak to sie wszystko wydarzyło
2010-09-25 21:42:05
miałem nawet nie tyle kaca moralnego co pewien przestrach że
2010-09-25 21:44:30
że upiłem się tak bardzo żeby nie pamiętać - przecież tego nie robię... - i że zrobiłem coś takiego (jak się okazuje - z własnej inicjatywy) - i że ktoś mógł nas zobaczyć - wierz mi, to by było o wiele gorsze niż to że ktos kiedys mogł np. widzieć mnie z Tobą, to cos zupełnie innego
2010-09-25 21:48:31
wiem że tego nie podzielasz ale
2010-09-25 21:48:39
mam takie uczucie że
2010-09-25 21:49:29
to co się wydarzyło nie ma kompletnie nic wspólnego z Tobą - wiem że głupio to brzmi bo tak naprawdę to ma, ale chodzi mi o to żeby wyjaśnić Ci co czuję
2010-09-25 21:51:30
***************************************

***


C***
2010-09-25 22:11:58
bardzo przepraszam to był impuls
2010-09-25 22:12:11
nigdy więcej tego nie zrobię

2010-09-25 22:12:27
nie uciekaj ode mnie
2010-09-25 22:13:03
to była desperacja - poczułam taki przypływ zazdrości że ktoś inny cię dotykał, całował....
2010-09-25 22:13:26
***************************************
2010-09-25 22:13:42
wróć tutaj i pozwól mi się wytłumaczyć
2010-09-25 22:14:51
nie mogłam znieść już myśli że nie rozmawiasz ze mną poważnie - że prócz tekstów, które sama sobie muszę dopowiadać nadal nic nie wiem
2010-09-25 22:15:00
***************************************
2010-09-25 22:15:09
poczułam taki ból, taką bezradność
2010-09-25 22:15:29
facet, który mówił że mnie kocha teraz pisze o jakimś prawie pieprzeniu z inną
2010-09-25 22:15:35
jak miałam się poczuć?
2010-09-25 22:15:50
***************************************
2010-09-25 22:15:55
ale porozmawiaj ze mną
2010-09-25 22:16:19
cisza jaką wobec mnie stosujesz jest karą, tak dotkliwą że
2010-09-25 22:16:32
myślę że zwariowałam i przestałam myśleć racjonalnie
2010-09-25 22:16:50
to jak się teraz zachowałam to wynik wielkiej utraconej miłości
2010-09-25 22:16:56
wróć proszę
2010-09-25 22:17:30
i powiedz, że mi to wybaczysz - to był odruch. Zły i nieprzemyślany ale tylko odruch
2010-09-25 22:19:10
wariuję czasami bez ciebie. A ty mnie pytasz - co się z tobą dzieje...
2010-09-25 22:22:38
*****************************************
2010-09-25 22:23:19
musiałam jakoś sobie poradzić- i tak, chciałam żeby zabolało ciebie tak jak bolało mnie po przeczytaniu Twojego posta
2010-09-25 22:23:39
to że Ty myślisz, ze to nie ma nic wspólnego ze mną - ja mam myśleć podobnie?
2010-09-25 22:24:05
czy to jest moja wina, że mi nie przechodzi tak szybko miłość? myślisz, że bym nie chciała?
2010-09-25 22:24:52
nie wiem czy wszystko czytałeś - tam była mowa o konsekwencji - jeśli dajesz komuś nowe życie, nie dziw się potem że ta osoba wariuje gdy zaczynasz je niszczyć
2010-09-25 22:25:22
a robisz to- przykro mi, ale nie usłyszysz ode mnie że "coś się kończy coś się zaczyna"
2010-09-25 22:25:44
wiem że wolałbyś w tym momencie wzgardzoną madonnę z cichą dumą znoszącą swój ból
2010-09-25 22:25:48
ale ja taka nie jestem
2010-09-25 22:26:24
co złego w pytaniu "kto to jest"? chyba mam prawo wiedzieć po tylu Twoich zapewnieniach o miłości czy to ktoś dla Ciebie ważny?
2010-09-25 22:27:05
nie odezwałeś się , wciąż mnie trzymasz na jakiś taki cichy dystans od siebie a kiedy reaguję po swojemu masz pretensje?
2010-09-25 22:27:12
a jak inaczej mam się ratować?
2010-09-25 22:27:58
jaki masz sposób na to że uwierzyłam ci bezgranicznie a Ty robisz na mnie jakieś eksperymenty pt "ile wytrzyma"?
2010-09-25 22:28:39
możesz sobie mówić, ze to nie związane ze mną- to tylko o Tobie świadczy. JA CZUJĘ
2010-09-25 22:28:52
a ty o tym najzwyczajniej w świecie zapomniałeś
2010-09-25 22:35:46
czy rozumiesz dlaczego tak zrobiłam?
xRes
2010-09-25 22:35:49
to jest jak zdawac komuś relacje z "siebie"
2010-09-25 22:36:07
pewnie ze rozumiem
2010-09-25 22:36:14
nie mam Ci tego za złe
2010-09-25 22:36:20
czy cos w tym stylu
C***
2010-09-25 22:36:23
jest mi przykro - za siebie
xRes
2010-09-25 22:36:29
zapomnij o tym - to niewazne
C***
2010-09-25 22:39:16
co cię tak wkurzyło? że się wszyscy dowiedzą? gdybyś czytał posta wiedziałbyś że tam nie było nieprawdy
2010-09-25 22:39:29
tam było to co ja czułam
2010-09-25 22:39:35
a czułam tak z Twojego powodu
xRes
2010-09-25 22:40:59
zapewne było tam to co mowisz - ale sorry - dziś wyjątkowo jestem kurwa trzeźwy i wiem że po adresie z blogspota można dojść gdzie zamawiasz biustonosze
C***
2010-09-25 22:41:16
bałeś się
2010-09-25 22:41:22
że zobaczą moją wersję
2010-09-25 22:41:25
przyznaj się
2010-09-25 22:41:41
wkurwiło cię to ze pokazywałam Twój inny wizerunek

Ballada o ubocznych skutkach alkoholizmu

C***
2010-09-24 23:54:13
jak pies
2010-09-24 23:54:18
naszczekał i uciekł
2010-09-24 23:54:31
niech sobie sama radzi teraz z własnymi odczuciami
2010-09-24 23:54:45
no już pochwaliłeś się
2010-09-24 23:54:49
zadowolony?
2010-09-24 23:54:54
jak się z tym czujesz?
2010-09-24 23:55:12
jak to w ogóle pasuje do Twojego wizerunku uczciwego człowieka?
2010-09-24 23:55:23
aż tak kurwa uczciwego ze niszczysz czyjeś życie co?
2010-09-24 23:55:31
pierdolony asekurant!
2010-09-24 23:55:49
mało ci? mało że zniszczyłeś mi tyle miesięcy?
2010-09-24 23:55:57
co chcesz kurwa jeszcze zrobić co?
2010-09-24 23:56:15
taki z Ciebie zraniony i zestresowany człowiek?
2010-09-24 23:56:36
taki teraz jesteś kurwa obojętny wobec mnie tak ci to kurwa wszystko raptem odeszło!
2010-09-24 23:56:45
posłuchaj mnie
2010-09-24 23:56:50
NATYCHMIAST
2010-09-24 23:57:08
chcę wiedzieć kiedy przyjeżdżasz wali mnie to że wciąż jesteś zajęty
2010-09-24 23:57:17
nie będziesz mnie więcej upokarzał
2010-09-24 23:57:26
zresztą przyjeżdżaj póki jeszcze żyję
2010-09-24 23:57:40
jeśli nie - ja pojadę do Ciebie
2010-09-24 23:58:07
złamię tym najprawdopodobniej swoje życie bo mam już dość ukrywania ale przy okazji z ochotą połamię do reszty Twoje
2010-09-24 23:58:33
przegiąłeś
2010-09-24 23:59:36
uprzedzałam cię kiedyś i nie kurwa- nie były to czcze słowa
2010-09-24 23:59:49
zacznij się bać


Zawsze lubiłem wklejać tu niektóre swoje rozmowy z komunikatora. Niektóre - bo są zabawne, a niektóre - bo wcale takimi nie są. Z reguły jednak takie rozmowy mówią o nas więcej niż sami jesteśmy w stanie przekazać w postach. To też trochę jak podglądanie cudzego archiwum z komunikatora - myślimy sobie: a mam go/ją! Któż nie jest ciekaw? Całej rozmowy nie zaprezentuję, bo była 3-dniowym stosunkiem przerywanym i zajęła 84 strony po wklejeniu do Worda. Epopeja. Trudno mi znaleźć jej najbardziej reprezentatywny fragment (że tak pierdolnę statystyczną terminologią) więc po prostu wklejam początek. Początki zawsze są trudne - jak przy wchodzeniu pod górę.

piątek, 24 września 2010

Błogość

Błogość jest lekarstwem na stres, a stres jest wtedy, gdy idziemy drogą której nie znamy, im szybszy rozwój tym więcej stresu i tym większe potrzeby rozładowania go błogością.
Im większa świadomość, przytomność tym więcej widać i czuć, a to co widzimy czasem przypomina koszmar, no i trzeba to jakoś zrozumieć, wytłumaczyć sobie, a najlepiej dowiedzieć się dlaczego powstał. Błogość nam w tym poszukiwaniu ułatwia sprawę.
Ale jak uaktywnić błogość jeśli się nie zna metody kontemplacji z błogością ?

(m73 na forum RozwójDuchowy) 

Nie można kontemplować z błogością baranie. Można jej poszukiwać w kontemplacji jako wynik. Rzeczywiście - najgorzej jest, kiedy idziemy drogą, której nie znamy. Ze swej strony proponuję znane powszechnie (niektóre również i tobie) warianty:
1. Nawalić się - bezcenne, jak dla mnie, działanie równoważące nastój. Jakkolwiek nie podejść do tego - uspokaja. Oby niezbyt często. I nie za mocno.
2. Pobzykać się - chwilowe i złudne, gorsze niż alkohol, wywołuje koszmarnego kaca moralnego u średniointeligentnego - nie polecam - chociaż u niektórych działa.
3. Nawpieprzać się czekolady, czy czegokolwiek co zawiera cukier w odpowiedniej odmianie - nie polecam, trzeba chyba zjeść z 15 kg, żeby efekt był odczuwalny - chociaż u niektórych działa.
4. Zakochać się - podobno najlepsze. W sprzyjających okolicznościach. Więc nie wiem tak naprawdę czy polecam czy nie polecam. Polecam zastanowienie.

Po co o tym pisze? Bo zrobiłem coś bardzo głupiego - nie powinienem był. Może to właśnie to nieświadome (lub świadome właśnie) poszukiwanie błogości. Człowiek tak straszliwie i desperacko poszukuje czasem tego stanu, że nie patrzy na nic. Lekki strzał adrenaliny w czymś zakazanym rozpływa się po ciele jak wspomniany w pkt. 1 alkohol. A skoro alkohol już wcześniej zdążył się rozpłynąć to cokolwiek innego z tej dziedziny dokłada nam "szczęścia". Na przykład punkt 2....
Na szczęście (podobno) nie pobzykałem. To dopiero bym miał kaca moralnego. Nic konkretnego nie pamiętam właściwie. Pamiętam tylko cygańską urodę studentki któregośtam (??) roku bankowości, która uśmiechała się do mnie dziwnie przyjaźnie - dziwnie, jak na kogoś 14 lat (??) młodszego. Potem pamiętam tylko trawnik osiedlowy o 5 nad ranem i siebie leżącego na nim z nią. Zgubiłem swoją wyszperaną na allegro  kurewsko drogą zapalniczkę i zostawiłem gdzieś ulubioną czapkę (dziś znalazłem na szczęście obie rzeczy pod pewnym drzewem - szukałem kryjąc się jak gówniarz). Czuję się okropnie - nigdy mnie coś podobnego nie spotkało ze swej własnej strony. Zgubiłem chyba również siebie, ale nie mogłem się odnaleźć pod tym drzewem,  może powinienem poszukać gdzieś indziej. Na razie nie wiem gdzie - dlatego nie szukam jeszcze - na razie tylko myślę o tym. Drzewo nie powiedziało mi niczego. Dobrze, że przynajmniej drzewo mnie rozgrzesza "niemo". Nikt inny tego nie zrobi.
Nie pamiętam, jak wróciłem do domu i kiedy. Na swetrze miałem długie, kręcone czarne włosy. Znalazłem je następnego dnia.

M*** Naprawdę nic nie pamiętasz?
xRes To przeze mnie? Kto zaczął? Mów szczerze.
M*** Ty.
xRes Nie wierzę.
M*** Nie pamiętasz po prostu.
xRes Odezwała się ta, co pamięta.
M*** Pamietam.
xRes Gówno tam pamiętasz.


Przypomniał mi się ten kawałek Coldplay, który mam nagrany do samochodu. Że robimy coś bardzo trudnego, ale i tak to robimy, bo nie umiemy się powstrzymać.



And the hardest part was letting go, not taking part
It was the hardest part
And the strangest thing was waiting for that bell to ring
It was the strangest start
I could feel it go down
- bittersweet, I could taste in my mouth
Silver lining the cloud

You left the sweetest taste in my mouth
You're a silver lining the clouds


Kto rozumie - ten rozumie. Kto nie - niech się uczy języków. Bądź położy się na trawie o 5 rano. W gąszczu czarnych włosów nie pamiętając, gdzie jest i kiedy. Na chwilę odczuje błogość.

sobota, 11 września 2010

Szkolny przerywnik

To jest szkolny przerywnik. Według założeń dydaktycznych zadanie domowe miało zapewne pobudzić wyobraźnię gimnazjalisty na jednej z pierwszych lekcji polskiego w nowym roku szkolnym. Chyba jestem wyjątkowym tłukiem - dostałbym pałę. Zadanie domowe brzmi: Opowiedz historię handlarza muszlami na podstawie historii obrazkowej.

Historia obrazkowa:

















Najbardziej demotywuje mnie pierwsze pytanie, które mi się nasuwa: Gdzie kurwa właściwie jest początek tej historii?

niedziela, 29 sierpnia 2010

Warm wet circles

Ach... - spacerowałem dziś w nocy nie całkiem trzeźwy. Rzadko zdarza się, by utrafić w klimat muzyki, której akurat słucha się idąc. Ale jeśli się uda - jest niezwykle. Mieszkam w małym mieście - to widać:

Wziąłem BARDZO czynny dział w części wydarzeń z tej niezwykłej piosenki:

On promenades where drunks propose to lonely arcade mannequins
Where ceremonies pause at the jeweler's shop display
Feigning casual silence in strained romantic interludes
Till they commit themselves to the muted journey home

And the pool player rests on another cue
Last nights hero picking up his dues
A honeymoon gambled on a ricochet
She's staring at the brochures at the holidays

Chalking up a name in your hometown
Standing all your mates to another round
Laughing at the world till the barman wipes away the warm wet circles
The warm wet circles

I saw teenage girls like gaudy moths
A classroom's shabby butterflies
Flirt in the glow of stranded telephone boxes
Planning white lace weddings from smeared hearts and token proclamations
Rolled from stolen lipsticks across the razored webs of glass
Sharing cigarettes with experience with her giggling jealous confidantes
She faithfully traces his name with quick bitten fingernails
Through the tears of condensation that'll cry through the night
As the glancing headlights of the last bus kiss adolescence goodbye
In a warm wet circle

Like a mothers kiss on your first broken heart, a warm wet circle
Like a bullet hole in Central Park, a warm wet circle
And I'll always surrender to the warm wet circles

She nervously undressed in the dancing beams of the Fidra lighthouse
Giving it all away before it's too late
She'll let a lovers tongue move in a warm wet circle
Giving it all away and showing no shame
She'll take a mother's kiss on her first broken heart a warm wet circle
She'll realise that she played her part in a warm wet circle.


To niezwykłe doświadczenie. Do czegokolwiek by nie doprowadziło.

Jeszcze alternatywny fragment dla tych co znają Marillion i czują dlaczego Fish uderza mikrofonem w serce:

czwartek, 1 lipca 2010

"Sztuka zmagania się z życiem"

Książka to jest taki... synonim spokoju. Ktoś, kto czyta musi przecież być albo spokojny - albo na tyle zdesperowany w poszukiwaniach spokoju, że opanuje emocje, by móc się wystarczająco skupić.

Ludzie zawsze się przejmują czymś, co ich czeka. Często trudno im zachować spokój, pozostać w teraźniejszości, nie troszczyć się o przyszłość. Na ogół nie są zadowoleni z tego, co posiadają; bardzo ich obchodzi to, co będą mieć. Pies potrafi prawie całkiem pozbawić energii własną psyche i spowolnić przemianę materii, kiedy oczekuje czegoś z niepokojem, tak jak David Blaine, który podjął próbę bicia rekordu w powstrzymywaniu oddechu na dnie basenu - po prostu zmienia się tempo otaczającego świata. W zwyczajnym psim dniu potrafię bez wysiłku przewidzieć wiele godzin ciągiem. Ale tamtego dnia odczuwałem niepokój.  Byłem nerwowy i zmartwiony, rozkojarzony i zakłopotany. Chodziłem wkoło, nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Nie przywiązywałem do tego wagi, domyślałem się, że to efekt naturalnej ewolucji mojej duszy, dlatego robiłem, co mogłem, żeby przetrwać.


***

Kierowca musi się pogodzić ze swoim losem. Musi się pogodzić z tym, że popełnił pewne błędy. I że parę razy źle ocenił sytuację i podjął pochopną decyzję. Gdy kierowca znajdzie się w opresji na skutek niepomyślnego zbiegu okoliczności, musi pogodzić się z tym wszystkim i być gotowy zapłacić za to pewną cenę. M u s i  opuścić tor.
Ach! Szaleństwo!
Pomyślmy o kierowcach, którzy nie ukończyli wyścigów, ponieważ zbyt gwałtownie szarpnęli kierownicę, dokonali niewłaściwych korekt i na oczach wszystkich ich auta zaczęły się obracać wokół własnych osi. Narazić siebie na coś takiego - okropność...
Zwycięzca, mistrz - pogodzi się z losem. Pojedzie dalej po brudnej nawierzchni. Zrobi, co w jego mocy, by się utrzymać na optymalnym torze jazdy. Stopniowo pokieruje samochód na asfalt, o ile to tylko będzie bezpieczne. Owszem, znajdzie się o kilka miejsc niżej w klasyfikacji generalnej. Owszem, straci. Ale przecież pozostanie na torze. I przy życiu.
Wyścig trwa długo. Lepiej jeździć w granicach własnych możliwości i ukończyć wyścig za innymi, niż rozbić się z powodu zbyt brawurowej jazdy.

***

Coś jednak wiem o ściganiu się w czasie deszczu. Wiem, że potrzebne jest zachowanie równowagi. Potrzebne są też umiejętność przewidywania i cierpliwość. Wiem dokładnie, co musi umieć kierowca, aby w deszczu odnosić sukcesy. Ale ściganie się w czasie deszczu wymaga także udziału umysłu! I posiadania własnego ciała. Wiary w to, że samochód jest tylko dopełnieniem ciała, deszcz dodatkiem do toru, a niebo załącznikiem do deszczu. Musisz wierzyć, że nie jesteś tylko sobą, lecz jesteś wszystkim. A wszystko jest tobą.

Garth Stein
"Sztuka ścigania się w deszczu"

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Chyba zginąłem we śnie

Jakby ilość dziwnych myśli/opinii/podejścia do różnych spraw nie była u mnie wystarczająca - doszedł do tego dziwny sen. Niby nic wielkiego - sny bywają dziwaczne i może nie ma się co rozwodzić nad kolejnym tego faktu potwierdzeniem, ale uczucie postało we mnie bardzo dziwne i ponieważ ciągle trwa - to wspominam o tym.

Wygląda na to, że zginąłem we śnie - co gorsza, całkiem świadomie wybrałem tą opcję. Pamiętam, że jechałem bardzo szybko myśląc o czymś zupełnie abstrakcyjnym, kiedy zobaczyłem nagle (cholera wie skąd) 4 okrągłe reflektory a po środku znaczek VW. Czyli Golf tzw. II generacji. Nawet nie wiem czy ten samochód miał jakiś kolor i czy ktoś go prowadził - nie, żebym nie widział tylko zahipnotyzowała mnie opcja "Wjedź w niego". Kompletny brak strachu - zdążyłem przez ułamek sekundy pomyśleć tylko - dałbym radę uciec. Ale nie ruszyłem nawet kierownicą - świadomie wjechałem w te okrągłe oczka. Rzekłbym nawet, że wyboru dokonałem z pewną ulgą i całkowitą akceptacją. Jak na Psach, kiedy Pazura przychodzi do Lindy wezwany przez niego w środku nocy - a na stole butelka wódki i 2 szklanki - i krzyczy oburzony: To po to mnie wyciągasz?? A po chwili zastanowienia: A zresztą polej...

Dalej nie pamiętam. Przecież zginąłem. Było miło.

wtorek, 11 maja 2010

...

Właściwie to chciałbym tyko zaznaczyć swoją obecność jako czytelnik bardziej niż piszący - ale skoro już jestem i nie mam nic do powiedzenia na innych blogach to powiem na swoim, że piszę o tym, że przeczytałem coś, czego nie napisałem.

Klik - polecam zajętym (nie przez mężczyzn, a przez życie) paniom. Szkoda, że nie ma jeszcze "w drugą stronę" - czasem potrzebuję skorzystać.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

...

W mediach ciągle płacz i celebracja. Nawet mój dobry kolega zamieścił na swojej stronie firmowej banner żałobny. Ja bannera nie zamieszczę. Ale pomyślałem, ochłonąwszy już z szoku ostatnich wydarzeń, że są ich dwa pozytywne aspekty:

  • inne narody dowiedzą się po co "my" tam lecieliśmy tym samolotem i czemu to było takie istotne, żeby tam być liczną grupą
  • nawet w RMFie zaczęła lecieć lepsza muzyka
 I jeszcze, że pod Pałacem Prezydenckim ludzie mówią "przepraszam", kiedy się pchają.

Lepsza muzyka:

sobota, 10 kwietnia 2010

...

Zastanawiałem się dziś jakim pieprzonym betonem trzeba być, by nic nie odczuwać. W wystarczająco, mam nadzieję, stosownym hołdzie publikuję absolutnie nieśmiertelny i najlepszy z kawałków soundtracka filmu, w którym wystąpił zmarły Lech Kaczyński.

poniedziałek, 29 marca 2010

Julki dwie

Film sobie obejrzałem - Julie&Julia. Lubię filmy o jedzeniu i osobach zajmujących się gotowaniem - i lubię filmy biograficzne i jak dodamy do tego uwielbienie dla KitchenTV to z równania wyjdzie matematyczna konieczność zobaczenia filmu.



Filmy nam się podobają chyba głównie wtedy, kiedy jest tam coś co nas osobiście uderza. Po kilku minutach poczułem to pedalskie uczucie rozrzewnienia jakie towarzyszy mi przy oglądaniu np. filmów z Meg Ryan - poobserwowałem chwilę Julie Powell i pomyślałem: jakie to by było fantastyczne mieć kogoś takiego przy sobie - kobietę, która czymś się interesuje, coś ją fascynuje i oddaje się temu - i jednocześnie nie jest to kupowanie nowych ciuchów na nadchodzący miesiąc/porę roku/święto/brak okazji. Nie musi to być od razu gotowanie (choć miło by było) - nie musi to być Julie Powell, która w 365 dni postanowiła wypruć sobie wnętrzności całkiem słodkiego suchelca, by przerobić wszystkie 524 przepisy z 743-stronicowej książki kucharskiej Julii Child. Jeśli ktoś nie wie - Julia Child to legenda amerykańskiej kuchni wczesnotelewizyjnej, która nauczyła tych amerykańskich półgłówków, że jedzenie to nie taka papka uformowana z plastikowych półproduktów tylko coś, co ma określone recepturą składniki, które trzeba odmierzyć i kolejno połączyć, a nie wybełtać jak wapno w taczce mierząc "na oko". Ukończyła Le Cordon Bleu - szowinistyczną francuską szkołę garstonomii - bodaj jako pierwsza kobieta.
I tak Julie Powell, znudzona byciem nikim, gotowała sobie potrawy, których nazw nie umiała wymówić - opisując to na blogu. I to na blogspocie :) Przyznać muszę, że tu zauważyłem u siebie kolejne potwierdzenie własnego prostactwa - nie mam ambicji zbawiania świata. Nie chcę ratować tygrysów przed wyginięciem, czy spełniać się w roli tajnego agenta służb specjalnych czy jakichś tam innych bardzo ważnych i poważanych. Sam chętnie poświęcałbym wieczory po pracy na nierówną walkę z książką kucharską Julii Child i degustował to wspólnie z jakąś "Julie Powell", która chciała by to wraz ze mną jeść. I życie może sobie tak płynąć wieczorami - przeplatane gotowaniem, jedzeniem... i pierdoleniem się (w końcu jestem facetem). Całkiem przyjemny wypoczynek "czynny". Możemy potem napić się wina, czy czym tam wy kobiety lubicie popijać seks. Na razie - udaje mi się w samotności czasem napchać kaczce w dupę kwaśnych jabłek, upiec i zjeść popijając 40-procentowym alkoholem - ot, taki "przyczynek" szczęścia wieczorem, który sprawia mi przyjemność i od którego uwolnić się nie mogę.
W filmie bryluje Meryl Streep - doceni ją dopiero ten, kto wie jak wyglądała (zmarła w 2004 r.) prawdziwa Julia Child - babochłop urody przeokrutnej i aparycji... przedziwacznej. Otóż jak Julia Child robiła omlet:



Myślę, że M. Streep jest wielka. A w filmie - nawet dosłownie.

Notabene - Julie Powell ciągle pisze swojego bloga - choć w nowej wersji - już po oddaniu do druku blogowej historii o "gotowaniu z Julią Child". Musi być z niej straszna suka, bo nawet blog ma tytuł Musings from a "soiled and narcissistic whore." A ja przecież tak lubię suki... Jak ktoś ma ochotę poczytać: http://juliepowell.blogspot.com/

Najgorzej, że ja nie mogę sobie po prostu obejrzeć filmu o - martwej już od dawna - kucharce, żeby zaraz nie zacząć dorabiać jakiejś ideologii na temat własnego życia. Może lepiej żebym sobie kupił jakąś odpowiednio grubą książkę kucharską, a przysłowiowa "Julie Powell" sama do mnie przyjdzie. A nawet jak nie przyjdzie to przynajmniej spędzę wieczór tak jak lubię i pójdę spać najedzony. Może trochę jak prawdziwy "Polak" - napić się i najeść.

<---EDIT--->
C*** 23:40:14
to brzmi jak anons towarzyski
C*** 23:40:15
naprawdę
xRes 23:40:17
?
xRes 23:40:47
naprawde?
C*** 23:40:52
"jeśli jesteś fajna, masz pasje (np gotowanie) i lubisz wzruszających się facetów to wygłodniały xRes czeka na ciebie"
C*** 23:41:16
i jeszcze ten tekst- kupię książkę, moze jakaś julia do mnie przyjdzie
C*** 23:41:23
no wiesz....
xRes 23:41:37
nie miałem tego na myśli
xRes 23:41:43
wiem
xRes 23:41:51
zamieszcze sprostowanie 

<---EDIT--->

wtorek, 9 marca 2010

9 marca

Cham ze mnie i burak. Fakt. Nie raczyłem umieścić choć wzmianki o tym, że z okazji 8 marca mam najlepsze życzenia dla kobiet - na co zwrócono mi uwagę. Kajam się! :) Oczywiście że MAM - zawsze mam. Kobiety są jedynym stworzeniem bożym, które, pokazane tylko w kawałku, ciągle jest tak samo piękne jak widziane w całości.

Dłonie.

Stopy.
Włosy.

Wszystkie jesteście cudne - kwiaty dla każdej z was.
Świat bez was nie byłby wart, żeby w nim żyć.

sobota, 27 lutego 2010

Nobody said it was easy - it's such a shame for us to part

Skończyłem 36 lat. Dostałem laurkę. To lepsze niż kapcie sprzed roku.
Lata biegną, a piosenka wciąż ta sama.

środa, 10 lutego 2010

A jednak się kręci

Tę słynną sentencję odwołuję do swojego posta z 3 stycznia br. Żyć bez kobiet nie można.

Zastępczo

Oczywiście, że nie śpię (nie Ange - nie śpię). Jestem tak nieznośnie zajęty. Milion spraw do zrobienia przytłacza mnie - każda z nich waży kilogram - więc arytmetyka pomoże wam zrozumieć "wagę" problemu. Przepraszam tych, którzy zaglądają do mnie i widzą post sprzed miesiąca - licznik odwiedzin mówi, że wychodząc zawiedzonym i tak powracają. Na przyszłość postaram się lepiej. Tymczasem - może nie przeczytacie dziś tego co napiszę - ale chociaż przeczytajcie to, co czasem czytam.

Wiadomości ze świata: "Van Gogh rzeczywiście nazywał się van Gogh"

Po ponad dwudziestu latach badań grupa historyków sztuki z uniwersytetu w Heidelbergu znalazła dowody na to, jak naprawdę nazywał się genialny malarz. „Możemy mówić o pełnym sukcesie”, powiedział w wywiadzie dla kwartalnika „Van Gogh” Thomas Wolf, kierujący zespołem badawczym.

„Nasza praca polegała głównie na eliminowaniu domniemanych nazwisk artysty. Nazwisko Nixon wykluczyliśmy niemal natychmiast, podobnie jak Chang Kai-Shek. Więcej czasu zabrało nam stwierdzenie, czy van Gogh nie nazywał się przypadkiem Goretzky, ale i to szczęśliwie udało nam się wyeliminować. Nigdzie też, w żadnych przekazach nie natrafiliśmy na nazwisko Baumel lub Schimmelstein”, ciągnął dalej Wolf. 


Imponują dotychczasowe sukcesy - ten wspaniały zespół badawczy stwierdził już, że Picasso w rzeczywistości nazywał się Picasso, a Dali – Dali. 


















Autoportret malarza nie zmylił badaczy.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

Jak zacząć rok na tyle skutecznie, żeby był taki sam jak poprzedni

Telefon drży o 6.45.
Wyłączam go i pół-świadomie leżę jeszcze. Nie umiem wstawać.
Dzień dobry C***. Czemu tu jestem?
Słyszę telewizję. Ktoś pożera kogoś na Cartoon Network.
Wstaję powoli i wlokę się do kuchni.
Zapalam papierosa.
Wstawiam wodę na kawę.
Robię dziecku płatki na śniadanie i zanoszę do pokoju. Patrzę, jaki jest zaspany, kiedy mówi Dzięki.
Siadam w kuchni z zamkniętymi oczami.
Skupiam się na obolałym biodrze, które zaraz zapomni o tym, że coś się z nim dzieje.
Przecieram oczy dwoma palcami myśląc o tym, żeby cholerny stojący kutas przestał już myśleć o tym, że najprzyjemniejszy z możliwych - poranny - seks nie będzie miał miejsca. Jak w tej komedii, kiedy facet wybiera dziwki: Pani...., i pani...., i pani. A pani nie - i jeszcze długo, długo nie. Faceci są dziwni - impulsy wypływające z mózgu wprost do kutasa są czymś, czego nie da się kontrolować. Pierdolona natura. A kobiety wciąż, od wieków, zadają sobie pytanie: Jak można być takim zwierzęciem? No - przynajmniej większość. A skąd ja kurwa mam wiedzieć? Nie widuję się z Bogiem. Nie miałem okazji zapytać.
Najlepiej jest pójść się umyć. Woda otrzeźwia z letargu.
Robi się późno, a na dworze -15. Trzeba będzie poskrobać szyby.
Poganiam dziecko, które jak zwykle z jedną założoną skarpetką próbuje wtłoczyć sobie wiedzę przyrodniczą.
Fuck - przecież to nie ma sensu - pamięć krótkotrwała ma to do siebie, że jest krótkotrwała. Nim zdejmie kurtkę w szatni, zapomni o czym czytał. Zostaną tylko skrawki. Ale chyba trzeba być studentem, żeby pojąć tą prawdę. Albo dostać pałę, żeby był bodziec do zastanowienia. Bo mądre rady tatusia nie działają.
Chryste, jak zimno - ogrzewanie mi nie wyrabia, czy co?
Na razie - miłego dnia. Nie przejmuj się niczym, co się wydarzy.
Muszę znowu zapalić. Czy mam coś do zrobienia? Czy muszę się spieszyć? Chyba nie. Styczeń to okropnie martwy miesiąc.
Pewnie śpisz, co? Położyłbym się obok Ciebie... Chciałbym zamknąć oczy i wciągnąć w siebie zapach Twoich włosów.
Kurrrwa co za syf - czy wszyscy w tym mieście przyjeżdżają pod szkołę o tej porze co ja? Przecież później już się nie da przyjechać!
Musze szybko stąd zniknąć.
Tak tak paniusiu - zmieszczę się między tobą, a zaparkowanymi. Wytrenuj wyczucie albo kup coś mniejszego niż pierdolony 7-miejscowy autobus. Masz tylko jedno dziecko!
Eric Clapton - Soundtrack z filmu Rush - on mnie ukoi...
Kawa.
Praca.
Kawa.
Praca.
Praca.
Pierdolę to.
Kawa. Kawa kawa kawa kawa. Lubię kawę.
Trzeba zrobić wreszcie remanent i przesunąć XXX PLN na złom. Kolejne XXX PLN będzie zmniejszeniem magazynu w związku ze sprzedażą i w porównaniu z rozrachunkiem wg dokumentów za ubiegły rok wykaże, że zarobiliśmy całe gówno i tkwimy w miejscu. A skoro powstaje gówno - to po co w ogóle zawracać sobie głowę? Lepiej pracować od 8 do 16 i mieć resztę w dupie. Tak moi drodzy parafianie - kryzys to wydarzenie medialne, które - jakimś dziwnym trafem - przekłada się na rzeczywistość finansową. Tylko nikt jakoś nie chce przyznać, że tak jest - i wszyscy się śmieją. Widocznie są idiotami albo udziałowcami Rafinerii Gdańskiej, która mimo kryzysu zarobiła ponad 600 mln złotych. Albo po prostu mają to w dupie. Szkoda, że nie każdy może handlować ropą lub pochodnymi.
Tęsknię za Tobą - wstań już i odezwij się... Zamienimy tylko kilka słów...
Ile można spać?? (hipokryta)
Pojdę zapalić.
Dziś... upiekę kaczkę. A co kurwa. Właściwie to nigdy nie piekłem kaczki, a taki jestem głodny.
Mają chyba jakieś kaczki w tych supermarketach? Jadłem kiedyś rosół z kaczki - był bardzo smaczny.
W dupie mam - nic nie robię. Zrobiłem rozliczenia. Nie mam dziś głowy.
Miło wiedzieć, że już wstałaś. Fajnie, że się odezwałaś.
Jakiś jestem dziś ohydnie "przytulaśny" - przytuliłbym się...
Zapalę sobie - przejdzie mi może.
Nie zaczepiajcie mnie więcej. Kurwa... - tylko nie ty. Proszę - przyjedź jutro dziewczyno.
Kurwa co za dzień - chce mi się... Sam już nie wiem co. Chcę się napić.
Po drodze kupię 3 portery. Porter dobrze działa na talenty kulinarne. Ale co z tego, kiedy nie ma kaczki... Zostaje kura. Chuj - niech będzie kura. Jutro kupię kaczkę. I rękaw do pieczenia.
Ale tymczasem 20 minut do domu - będę sobie śpiewał "Driving the last spike" Genesis. Muszę czegoś słuchać po drodze.
Co za cisza - jak zawsze w domu.
Zawsze wtedy mam ochotę, żebyś cos opowiedziała.
Trzeba pozmywać. Nie znoszę syfu. Mleko ma to do siebie, że wydziela niedobry zapach przebywając w ciepłym zlewie dłużej niż 1 dzień. Czy tylko ja to czuję?
Gotowe - porter "stuka" do mojej głowy, bo nic dziś nie jadłem. Cały świat zwalnia tempa. Nie czuję się pijany - tylko myślę jakoś wolniej i nawet wkładanie mięsa do piekarnika staje się przyjemne i pachnie niespodzianką tego, co wyjdzie za 30 minut.
Poczytam w międzyczasie - może ktoś coś napisał na blogu? Poprostużycie chciałaby zgrzeszyć - ja chyba popieram zdecydowane postanowienia - jakiekolwiek by one nie były. Zawsze są lepsze niż brak postanowień. Podoba mi się Twoje postanowienie, pani Poprostużycie. Przecież to po prostu życie. Śmiało.
Chce mi się znowu z Tobą zgrzeszyć. Nawet rozmową.
Nawet zapach jedzenia mnie do tego skłania. No ale ja przecież jestem zboczony. Jedzenie kojarzy mi się z seksem i uwielbiam patrzeć jak kobiety jedzą.
A może to nie grzech, co? Może to, że nie "grzeszę" dziś - jest właśnie grzechem. Na chuj nam ta wolna wola jeśli nie robimy tego co czujemy, że powinniśmy? Czy taka ona naprawdę wolna?
Najadłem się. Jestem rozleniwiony, choć myśli kłębią mi się w głowie. Chce mi się pieprzyć. Może o tym napiszę.
Ale jestem tak kurewsko uporządkowany, że muszę zacząć od początku. Porządek musi być. Nawet jeśli mi stoi.

niedziela, 3 stycznia 2010

2010

Myśl taka mnie naszła - ciekawe czy ten rok też będzie kręcił się wokół kobiet...