piątek, 28 listopada 2008

Chwila


Chciałem dziś przed samym południem położyć policzek na Twoich plecach.
I zamknąć oczy.
Mam je ciągle otwarte i jestem całkiem nagi. Jak zawsze przy Tobie.

niedziela, 23 listopada 2008

Zestaw męski

Mam dość tych twoich nawyków.
Nie mogę patrzeć jak siedzisz przy laptopie
i wodzisz palcem po klawiaturze.
Rzygać mi się chce.



Mężczyźni mają często swoje nawyki. Czasem niegroźne dla otoczenia - jak oglądanie namiętnie wybranych programów telewizyjnych, a czasem bardziej niebezpieczne, które mogą obrócić się przeciwko całej rodzinie - jak obstawianie zakładów bukmacherskich czy namiętne odwiedziny na Betclick.com. Nawyki bywają irytujące, męczące i przytłaczające w ciągłym z nimi kontakcie. A cierpliwość ludzka jest wartością skończoną - ludzie na świecie mordują się za nie opuszczenie deski klozetowej prawie tak samo często jak za zdradę fizyczną czy niespodziewaną przegraną obstawianej drużyny. Mówimy na to "zdarzenie w afekcie". Im dłużej trwamy w związku, tym większe prawdopodobieństwo wystąpienia zjawiska "afektu". Oto moje nawyki. Wywołują afekt. Czyli efekt.

Śmierdzący wywar z darów natury. Działa na otoczenie jak oznaka nieuchronnie zbliżającego się alkoholizmu. Do tak ekstremalnych wniosków względem siebie bym się nie posuwał. Wydaje mi się, że jednak nie ma tego aż tak dużo. Lubię również wytwory krajowych browarów. Nie stronię od ich spożywania, choć wytwórców wybieram konkretnych. Jedno piwo mnie usypia - jeśli piję, to zawsze 2 lub więcej.


Śmierdzący zestaw zawiniętych wyschniętych liści. Paląc na codzień w papierosach mieszaninę różnych tytoni, co kilka dni uruchamia mi się chęć odczucia aromatu tytoniu w wydaniu naturalnym. Do czego znakomitym medium jest cygaro typu krótkiego z tzw. niższej średniej półki. Nawyk nr 2 doskonale współgra z nawykiem nr 1. Równie znakomicie kumuluje efekt. Czyli afekt.

To jest krewetka. Zamrożona i wstępnie przygotowana do szybkiego usmażenia poprzez obtoczenie w bliżej nieokreślonej substancji. Sama w sobie nie roztacza zapachu, jednak podczas jedzenia czuć wyraźne opary morskiego środowiska. Przyznaję - komuś, kto nie lubi owoców morza, trudno będzie ocenić, czy to zdechła jakaś ryba, czy ktoś je coś dziwnego. Ale rozumiem to - nie każdy lubi sery pleśniowe czy kawałek ośmiornicy usmażony w głębokim oleju.

To jest łóżko. Zdjęcie pochodzi z czeluści internetu, żeby nie przesadzać z ekshibicjonizmem... Chodź bardzo podobne miałem całkiem niedawno. W śnie (jako zjawisku -nazwijmy to niezbyt zręcznie - intelektualnym) jest zbyt wielka magia i zbyt wiele nieoczekiwanych wizji, żeby wstawać bladym świtem. W weekendy wstaję ok. 12. Na tygodniu nieco wcześniej, ze względu na obowiązki, choć jeśli nie ma palącej potrzeby (co się zdarza nader często) - magia godziny 12 trwa niezmiennie. O moim śnie krążą wręcz rodzinne legendy.


To jest pewna kobieta, rodem z Australii, o imieniu Lisa. Cuda, które rodzą się w jej gardle i wydostają się na zewnątrz do ludzi trafiają, bądź nie. To proste - jak z każdą muzyką - trafia do ciebie, bądź jest ci obojętna. Lisa budzi wielki efekt. Czyli afekt. Bywa dla niektórych bardzo przygnębiająca, jednak wydaje mi się, że to przykład powierzchownego pojmowania tych dźwięków. Może często tego słucham, ale to nie oznacza, że jestem całe życie smutny. Może tylko umiarkowanie radosny.

Do nawyków głównych dochodzą zawsze pomniejsze, których nie wymienię. Drobna sól w oku, którą można jednak łatwo wypłukać.

Upierdliwe nawyki mają to do siebie, że są upierdliwe. Myślę jednak, że urastają do rozmiarów niebotycznych jeśli naszym podłożem jest coś poważniejszego. Wszystko wyrasta z jakiejś ziemi. Są nawyki, które umiem pokochać i takie, na które zawsze zgrzytam zębami. Tak samo pewnie jest "z drugą stronę". Najgorszy Jej nawyk to słowa.

poniedziałek, 17 listopada 2008

Świtem wieczorem

Lubiłem zawsze takie powiedzenie: Błogosławieni, którzy milczą, nie mając nic do powiedzenia. Czy to, że piszę teraz to już grafomania? O tym, że nie mam nic do powiedzenia? Nawet jeśli tak - trudno.
Rzecz w tym, że wieczorami myślę o porankach. Czasem to trochę jak jakaś mania. Jako mężczyzna powinienem skupiać się raczej na wieczorach - może serwując wypowiedzi w stylu: Jakże wspaniale byłoby Cię mieć tutaj dziś wieczorem (najchętniej również w nocy). Lub uprawiać teoretyzo(o)logię pod hasłem Cóż to by było jakbyś spała dziś ze mną. Ale wieczory nie są tak naprawdę trudne - zawsze można zorganizować sobie czas i myśli. Chociażby pisząc posta.
Poranek - to co innego... Może dlatego, że najlepsze wspomnienia mam z poranków. Również te "seksualne" (jak wiadomo powszechnie - każdemu facetowi się z rana "chce"). Gdybym miał szybko i pod presją instynktowności wyboru wyjąć 10 najpiękniejszych chwil z segregatora pt. Kobiety i ja, były to w większości jednak poranki... I magia świecącego słońca nie ma tu nic do rzeczy. Chyba rankiem po prostu czasem czuć nadchodzący ciężar dnia - szczególnie weekendu. A weekendy to zawodnicy wagi ciężkiej. Nic nie zdejmuje takiego ciężaru lepiej niż poranek z kimś, kto mówi z uśmiechem: Dzień dobry... - leżymy czy wstajemy? Bo ja jestem za leżeniem.
Amen.



I jeszcze Kofta ze swoim "Świtem":
Miliard piosenek o miłości
Nudzi, dosładza, ziewa

A ja wyśpiewać chcę najprościej

Tych kilka lirycznych zniewag

Każdy z nas miewał poranne mdłości

Nie mamy po co się łudzić

Nieważne z kim się kładziesz w pościeli

Ważne jest z kim się budzisz


Kiedy kochanków oczy uśpione

Otworzy tani budzik
Czy się rozejdą w swoje strony,
Czy razem będą się nudzić,
Czy,
kiedy ruszą za czasem w pościg,

Zechcą do siebie powrócić?

Ufajmy tylko rannej miłości

Miłości dorosłych ludzi

Na całej ziemi

Noc nas łączy

A świt

A świt

Oddala

niedziela, 9 listopada 2008

Kotka


Mam WIELKĄ ochotę na pocałunek.
Lubię pocałunki. Lekki na "dzień dobry" - koniecznie.
Troskliwy na "do widzenia" - przyjemny.
I spontaniczny na "jestem" - z otwartymi oczami i uśmiechem.
Na "pogłaszcz mnie" - z ugryzieniem.
Na "nie martw się" - rozładowujący i miły.
Na "przestań pieprzyć" - rozładowujący i miły.
Na "przytul mnie" - tylko dotknięcie ust.
Na "chodźmy się się pieprzyć" - z otwartymi oczami.
I na "kocham Cię" - z zamkniętymi.

wtorek, 4 listopada 2008

Wieczorem


To jest szlafrok. Męski - wbrew pozorom. Prezent. Założyłem go i czuję się stary. Zaczęły mnie cieszyć takie drobne rzeczy... - jak uczucie założenia na siebie szlafroka, który jest wyjątkowo miękki i przyjemny. Dotknięcie go ciałem jest jak pogłaskanie małego królika. Wyjątkowo trafiony element garderoby, który lubię. Czuję się naprawdę przyjemnie.
I jeszcze TO na dokładkę - równie miękkie...
Muszę być straszliwie spragniony skoro zwykły szlafrok tak na mnie działa. Ciekawe czego mi brak najbardziej.

sobota, 1 listopada 2008

*

Cmentarz był dziś w nocy wyjątkowo przyjazny. Niezwykły - jak co roku w ten dzień.