Jak wiadomo, "Policjanci" po raz pierwszy i ostatni zjechali do naszego kraju, toteż zaśliniony podążyłem śladem łuny pozostawionej przez ich samolot, który wylądował-był w Pyrzowicach. Statystycznie rzecz ujmując: 800 km po asfalcie, 12 godzin w niewygodnym samochodzie, ale czego się nie robi dla 2 godzin z ulubionym wokalistą... Nie zazdroszczę mieszkańcom śląska. Wszystko jest tam ciężkie - począwszy od powietrza, a skończywszy na nich samych. Nawet upał mają cięższy. No i zasadniczy kłopot, który dezorientuje wszystkich przybyszy: kiedy kończy się miasto, zwykle następują takie mniejsze lub większe przestrzenie na których ludzie osiedlają się w sporej między sobą odległości po to, żeby w tych przestrzeniach sadzić roślinki, siać różnorakiej maści zboża, wypuszczać zwierzęta na pastwiska. Nazywa się to WIEŚ. Niestety - w niektórych rejonach śląska nie udało mi się stwierdzić takiego wynalazku, co spowodowało moją totalną dezorientację. To chyba jedyne miejsce w tym kraju, gdzie w ciągu 20 sekund odwiedziłem 3 miasta. Nie wspomnę już o tym, że jadąc jedną trasą napotkałem trzykrotnie znak oznaczający Dąbrowa Górnicza - koniec. Jak w pieprzonym Matrixie. Niech tam sobie już mówią po swojemu - każdy ma prawo - sam seplenię, ale mogliby te miasta jakoś "zorganizować wyraźniej"... W moim wieku mam już zszargane nerwy wystarczająco. Na szczęście policja spisała się właściwie na medal, bo wystarczyło pokazać czystą, białą kartkę zza szyby i od razu kierowali na miejsce spędu fanów. Nie wiem czy to taka koncertowa tradycja, ale pomysł znakomity. Szczególnie dla kierowców z miną o co tu kurwa chodzi? Atmosferę irytacji ostatecznie rozładował sam zespół, który wyprzedził mój samochód w wąskiej uliczce i przemknął otoczony kordonem policji na sygnale - co wywołało ryk i ekscytację wszystkich moich pasażerów, łącznie ze mną samym (jak dzieci, kurwa, jak dzieci...).
Wrażenie ubogości, które wywołał we mnie stadion śląski nie zdołało przyćmić chwały muzyków i oprawy koncertu. Pełny profesjonalizm w odgrywaniu wszystkich kawałków i ryk ponad 50 000 gardeł po pierwszych taktach każdego kawałka. Chociaż Summers trochę ściemniał na gitarze (ale wybaczam, bo to starszy człowiek - poza tym i tak wszyscy napaleni byli głównie na Stinga). Wokal na żywo ciągle znakomity i szarpistruna też fantastyczna (grał chyba na najbardziej powycieranej gitarze jaką zdarzyło mi się widzieć u muzyka tzw. dużego formatu) - nawet w Roxanne się nie oszczędzał (a często to robi na koncertach). Zaskakująco dobre nagłośnienie - przyprawiało mnie o drżenie serca. Szkoda, że nigdy już nie nagrają nic razem. Na szczęście sam Sting zbiera się zaraz po trasie do nagrywania w studio nowego materiału...
Na widowni - poza ewenementami w stylu 2 rozentuzjazmowanych francuzek, pijanego szkota w spódnicy i zagubionego portugalczyka - dużo "starych pryków". Czułem się swojsko. Wolę towarzystwo starszych - szczególnie kiedy krzyczą równie głośno jak młodzi i śpiewają znacznie lepiej. Przeżycie duchowe i fizyczne.
Może w relacji podeprzemy się slajdami (proszę wyłączyć światło, bo fotki niewyraźne, ciemnica była, a z dobrymi aparatami nie chcieli wpuszczać):
Dla tych co wolą profesjonalne recenzje mądrych ludzi: klik
Dla tych, co w ogóle nie wiedzą o co tu chodzi albo nie znają niczego poza Roxanne:
Jeszcze to:
No i jeszcze kawałek tego, jak było "u nas":
Jednak nie jestem jeszcze taki stary - umiem się cieszyć.
