niedziela, 29 czerwca 2008

Policja Live

(żeby tylko mi tu nie było znowu, że same smuty)
Myśl Przewodnia

Jak wiadomo, "Policjanci" po raz pierwszy i ostatni zjechali do naszego kraju, toteż zaśliniony podążyłem śladem łuny pozostawionej przez ich samolot, który wylądował-był w Pyrzowicach. Statystycznie rzecz ujmując: 800 km po asfalcie, 12 godzin w niewygodnym samochodzie, ale czego się nie robi dla 2 godzin z ulubionym wokalistą... Nie zazdroszczę mieszkańcom śląska. Wszystko jest tam ciężkie - począwszy od powietrza, a skończywszy na nich samych. Nawet upał mają cięższy. No i zasadniczy kłopot, który dezorientuje wszystkich przybyszy: kiedy kończy się miasto, zwykle następują takie mniejsze lub większe przestrzenie na których ludzie osiedlają się w sporej między sobą odległości po to, żeby w tych przestrzeniach sadzić roślinki, siać różnorakiej maści zboża, wypuszczać zwierzęta na pastwiska. Nazywa się to WIEŚ. Niestety - w niektórych rejonach śląska nie udało mi się stwierdzić takiego wynalazku, co spowodowało moją totalną dezorientację. To chyba jedyne miejsce w tym kraju, gdzie w ciągu 20 sekund odwiedziłem 3 miasta. Nie wspomnę już o tym, że jadąc jedną trasą napotkałem trzykrotnie znak oznaczający Dąbrowa Górnicza - koniec. Jak w pieprzonym Matrixie. Niech tam sobie już mówią po swojemu - każdy ma prawo - sam seplenię, ale mogliby te miasta jakoś "zorganizować wyraźniej"... W moim wieku mam już zszargane nerwy wystarczająco. Na szczęście policja spisała się właściwie na medal, bo wystarczyło pokazać czystą, białą kartkę zza szyby i od razu kierowali na miejsce spędu fanów. Nie wiem czy to taka koncertowa tradycja, ale pomysł znakomity. Szczególnie dla kierowców z miną o co tu kurwa chodzi? Atmosferę irytacji ostatecznie rozładował sam zespół, który wyprzedził mój samochód w wąskiej uliczce i przemknął otoczony kordonem policji na sygnale - co wywołało ryk i ekscytację wszystkich moich pasażerów, łącznie ze mną samym (jak dzieci, kurwa, jak dzieci...).

Wrażenie ubogości, które wywołał we mnie stadion śląski nie zdołało przyćmić chwały muzyków i oprawy koncertu. Pełny profesjonalizm w odgrywaniu wszystkich kawałków i ryk ponad 50 000 gardeł po pierwszych taktach każdego kawałka. Chociaż Summers trochę ściemniał na gitarze (ale wybaczam, bo to starszy człowiek - poza tym i tak wszyscy napaleni byli głównie na Stinga). Wokal na żywo ciągle znakomity i szarpistruna też fantastyczna (grał chyba na najbardziej powycieranej gitarze jaką zdarzyło mi się widzieć u muzyka tzw. dużego formatu) - nawet w Roxanne się nie oszczędzał (a często to robi na koncertach). Zaskakująco dobre nagłośnienie - przyprawiało mnie o drżenie serca. Szkoda, że nigdy już nie nagrają nic razem. Na szczęście sam Sting zbiera się zaraz po trasie do nagrywania w studio nowego materiału...

Na widowni - poza ewenementami w stylu 2 rozentuzjazmowanych francuzek, pijanego szkota w spódnicy i zagubionego portugalczyka - dużo "starych pryków". Czułem się swojsko. Wolę towarzystwo starszych - szczególnie kiedy krzyczą równie głośno jak młodzi i śpiewają znacznie lepiej. Przeżycie duchowe i fizyczne.

Może w relacji podeprzemy się slajdami (proszę wyłączyć światło, bo fotki niewyraźne, ciemnica była, a z dobrymi aparatami nie chcieli wpuszczać):




Dla tych co wolą profesjonalne recenzje mądrych ludzi: klik

Dla tych, co w ogóle nie wiedzą o co tu chodzi albo nie znają niczego poza Roxanne:



Jeszcze to:



No i jeszcze kawałek tego, jak było "u nas":



Jednak nie jestem jeszcze taki stary - umiem się cieszyć.

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Nawet

Codzienność przybrała wymiar wprost bezbrzeżny. Wylewa mi się całą tęsknotą. Zaczęła objawiać się somatycznie, a to staje się niebezpieczne. Wyglądając przez okno, w oczach mam odruch wymiotny. Zaciskam dłonie jako reakcja na ból gdzieś w środku. Jak przemnożę ilość wysłanych sms-ów przez ilość myśli to wychodzi mniejszy rachunek za telefon żony. Taka pokrętna matematyka.

Jedynym sensownym momentem stała się jazda samochodem do/z biura, kiedy w kółko puszczam to:



Jest jakaś magia w tym kawałku i jego słowach...
Dajcie mi się położyć i proszę - nie budźcie
Nie ma świętości i nikt mnie nie uratował


Ktoś napisał: "trzeba się chwytać tego, co namacalne". Rada uniwersalnie brzmiąca...
- spotkania ze znajomymi - nie działa, ciężko się skupić na jakiejkolwiek sensownej rozmowie
- wycieczki w weekend pod pretekstem sprawienia dziecku radości (zoo, parki w promieniu 200 km, zorganizowane miejsca rozrywki) - tak ulotne jak jego krótkoterminowy uśmiech (bo on jako fatalista wie że trzeba będzie wrócić do domu a ja nie moge się pozbyć myśli o czymś innym)
- alkohol - krótkotrwały kolega
- coś "dla siebie":


Może zadziała na jakiś czas - mam tam daleko więc można będzie oddać się kilku godzinom muzyki i patrzeć jak kawałek kraju ucieka za szybą...

Nawet nie mam myśli. Same uczucia.

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Soap Opera vol. 29

Zasłyszałem jakiś czas temu w domu koniec rozmowy telefonicznej, późnym wieczorem: Tak, kotku... Wiem. Zobaczymy. Ja Ciebie też. Pa pa... - dobranoc.
Brzmi tak cholernie znajomo... Wzbudziło we mnie przedziwne poczucie, że oboje jesteśmy uwięzieni w jakiejś nie-swojej już rzeczywistości. Jakby powstrzymywani przez wyrzut sumienia, brak odwagi, chory test wytrzymałości, potrzebę dokończenia zupełnie nieokreślonych spraw (wybrać dowolne). Niby nic, ale o ile łatwiej jest wtedy "odmierzać wiarę w cuda".
Chciałoby się powiedzieć: Zasłyszeć to: przedziwne. Usłyszeć: bezcenne.
Nie tylko "zasłyszałem".

wtorek, 3 czerwca 2008

***

Lubie sobie czasem "pobłądzić" po blogach, bloxach i innych blogspotach. Widzę wtedy jak wszyscy jesteśmy od siebie różni i jednocześnie tak cholernie podobni. "Widziałem" dziś w sieci kilka osób ze swojego otoczenia. Każda z tych osób mogłaby być tą realną z "pobliża" mnie. Pewnie w ich "realnych" głowach kłębią się wieczorem takie same myśli, jak te przeczytane. W przejawie swoistego napięcia i obawy przed byciem wykrytym mógłbym nawet pomyśleć, że to "oni". Wszyscy piszemy o podobnych rzeczach - czasem wręcz wyglądamy bratnio i patrzymy na siebie z uśmiechem z ukrycia. Pewnie często też z politowaniem. Niektóry ubierają swoje myśli w zmyślne historyjki, które lepiej lub gorzej się czyta. A niektórzy piszą prosto z mostu - z cytatami i prostolinijnie. Każdy ładuje swoją dawkę szczerości w różnej formie i w różnym ubraniu. Ja też - mimo chęci muszę czasem ukryć się pod cienkim płaszczem. A czasem mam straszną ochotę tak zupełnie się rozebrać. Do naga. I poddać się ocenie. Nie chodzi tu o pisanie nieprawdy, bo to byłoby zniewagą dla czytających, ale stopień w którym jestem skłonny pokazać innym swoją rzeczywistość, otoczenie, sytuacje, które napotykam i to jak na nie reaguję. Zastanawiam się, czy to, że każdy z nas filtruje trochę swój ekshibicjonizm przez sitko tzw. przyzwoitości czy poczucia prywatności, nie zniekształca naszego obrazu w oczach innych. Gdzie JA jestem w tym wszystkim? Chyba jestem w stanie napisać tu WSZYSTKO co czuję i podać okoliczności wydarzeń. Bo widzę jak to jest ważne, żeby lepiej się zrozumieć. W końcu to nie jest tylko pisanina z powodu lubowania się w czytaniu swoich słow. Tworzy się obraz i staram się, żeby był jak najbardziej prawdziwy. Większość z tych, których zalinkowałem jako "Podglądanych" poznałem jako ludzi, którzy mają swoje "okoliczności". Pytam ich "co słychać" nie dlatego, że jestem ciekawski. Tylko dlatego, że to te okoliczności pozwoliły mi ich lepiej zrozumieć - dlatego ich czytam i wracam na te strony patrząc czy coś napisali. I myślę sobie, że gdyby nie te "okoliczności", które pozwolili mi poznać, mógłbym zniekształcić sobie ich obraz w mojej głowie. Mógłbym źle zrozumieć to, co piszą i pomyśleć o nich nieprawdę. Zdarza mi się usłyszeć, że jestem fantastyczny równie często jak zdarza mi się usłyszeć, że jestem nieźle zjebany i przykry. Ale czy po przeczytaniu kilku ostatnich postów u kogoś mogę mu powiedzieć, co mi się wydaje, że widzę? Przecież nie znam okoliczności. Sam nie jestem ani zjebany ani fantastyczny. A w postach - tak jak w życiu - czasem ma się dobry humor, a czasem zły. Czasem się płacze, a czasem rzuca "kurwami". A czasem się pisze, bo ma się ochotę coś napisać, bo np. właśnie przed chwilą grzebało się po blogach. Poza tym przecież każdy ma w swoim życiu swój osobisty "stopień nieszczęścia". Nie wszystkie one są równe. Staram się o tym pamiętać, kiedy mi się zdarzy "pobłądzić" po blogach, bloxach i innych blogspotach.

niedziela, 1 czerwca 2008

01.06

Dzień Dziecka jest OK. Złożyłem życzenia, komu trzeba (komu nie trzeba, też złożyłem). Uwielbiam składać życzenia na Dzień Dziecka tym, na którym mi zależy. Niekoniecznie muszą być dziećmi. To taki wyraz aprobaty: nawet jak jesteś jak dziecko to i tak jestem z tobą. Również sobie samemu życzyłem wszystkiego najlepszego - czasem każdy z nas jest jak dziecko. I miło jest się tak poczuć. Młodego zabrałem do Cinema City na Indianę Jones'a i Królestwo Kryształowej Czaszki, kupiliśmy 2 wielkie wiadra popcorn'u i oglądaliśmy film. Młody czasami zatykał uszy, bo tradycyjnie obawia się zbyt głośnych efektów dźwiękowych... Poza tym przy wejściu rozdawali różne gadżety - pani bileterka jednoznacznie spojrzała na mnie i wręczyła mi jednorazówkę Wilkinsona z trzema ostrzami... Hmm.. Nawet seans wyglądał na przygotowany... Potem spędziliśmy czas w Fantasy Parku - miałem wrażenie, że połowa miasta wpadła dokładnie na ten sam pomysł. Masakryczna ilość ludzi. Ale było miło. Pograliśmy godzinę w pool'a (bo młody jest zapalonym bilardzistą), a potem w kilka innych gier, których nazw nie potrafię przytoczyć :) Widziałem mnóstwo rodziców - zmęczone, wręcz wykończone twarze ciągnące się za rozbieganymi pociechami, jakby w akcie desperacji wygrzebujące z portfeli banknoty na kolejną atrakcję. Wszędzie hałas i okrzyki - jestem po tym wszystkim tak zmęczony, jak po machaniu szpadlem przez godzinę. W Dzień Dziecka każdy trochę nagina zasady - po to tylko, żeby sprawić radość i pozwolić dzieciakowi "wyszaleć się" w ten jeden dzień do woli. Dzień ucieka wtedy w szaleńczym tempie... Człowiek staje wtedy na chwilę jak w transie - z kijem do bilarda wśród rozwydrzonych dzieciaków, które z tej radości same już nie wiedzą czego by tu jeszcze dotknąć i zobaczyć. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym choć przez chwilę "źle" się nie poczuł... Miałem ochotę wtedy na coś więcej - żeby móc z kimś podzielić tą chwilę i samemu być dzieckiem w Dniu Dziecka. Lubię sprawiać innym radość. Szczególnie dziecku. Ale czasem każdy chce się poczuć "szczęsliwym" - tak w pełni - i móc to pokazać. Ukrywałem swoje chwile "wahania". To Dzień Dziecka - musi być szczęśliwy. Dzień Dziecka jest OK.