niedziela, 30 marca 2008

...and the spirit within

27.03 (ok. 1 godz.)
Ponad 30 biurowych segregatorów zawierających skatalogowane tematycznie wzory - wszystkie stworzyły wielką kupę zastanowienia na czerwonej kanapie... Po godzinie z tego stosu wyłoniłem 2 wzory. W zapachu i atmosferze pomieszania knajpy z moich lat szczeniackich (Sztywny Pal Azji leci w tle) z gabinetem stomatologicznym (automatycznie podnoszony fotel z zagłówkiem w kolorze białym i zapach środków do dezynfekcji iniektowanego ciała) zadeklarowałem się jednoznacznie.
Facet (z wyglądu fan Phila Collinsa) zrobił kwaśną minę. Obrócił rysunek o 180 stopni. Potem jeszce o 90 i z przekąsem stwierdził: Jakby go tak wzmocnić i opleść wokoł ramienia... Wie pan... generalnie nie robię wzorów, które mi się nie podobają...
No masz... - kurwa... - indywidualista się znalazł...

28.09 (ok. 3-4 godzin)
- Powiększyłem go - spróbujmy przymierzyć...
- Nigdy nie mówiłem że ma mieć oryginalne rozmiary...
(przymiarka na kartce z zeskanowanym kształem...)
- Nie wyjdzie w górnej części - będę musiał go zmodyfikować bo za dużo różnic będzie w zależności od pozycji ręki i całego ciała - inaczej przy siedzieniu, staniu, uniesieniu ręki, itd...
- Zdam się na pana - sedno sprawy leży w przejściu od góry do łokcia - tak, żebym czuł że coś trzyma mnie za rękę i spływa po łokciu na podłogę...
(czułem się jak nawiedzony przez wzorek na kartce...)
- Potrzebuję ok. 20 minut na przygotowanie wzorca.
Paliłem i zadzwoniłem do kogoś, zastanawiając się nad niepewną miną "artysty" - no ale cóż, ryzyk fizyk, jak to mówią...
- Ok - zaczynajmy.
Wszystko w folii "oddychającej". Narzędzia, sterylne igły, fotel, oparcie, telefon komórkowy i pilot do JVC w którym rozbrzmiewa przyjemnie "Radio BIS"...
Facet odbił kontur na ramieniu - dobre powiększenie i kilka poprawek i nabrałem wielkiego przekonania do swojego wyboru:
-Niech pan zobaczy - jak dla mnie jeszcze 10-20 % trzeba zwiększyć...
- Tak! To ma być coś co zaczyna się w połowie przestrzeni między szyją a ramieniem a kończyć się gdzieś przy łokciu - ma mnie złapać za rękę i trzymać mocno a na dole spływać i kapać po ręce z kropelkami zostającymi na łokciu...
- Nie, nie powinienem zejść aż na łokieć - zakończymy przed nim - zresztą zaraz zobaczymy...
Facet robi kolejną przymiarkę. Ok - utrafił...
Po kilkunastu minutach mówi:
- Zapraszam.

Dla nie-wtajemniczonych: tatuowanie to proces wkłuwania pigmentu (w moim przypadku - pigmentu produkcji japońskiej) za pomocą mini widelca złożonego z igieł osadzonych w maszynce pracującej z częstotliwością maszynki do golenia - seria ukłuć wbija igły aplikujące pigment w ciało delikwenta... Pocżątkiem jest - po wstępnym narysowaniu - wykonanie KONTURU.
To jest trauma. Toatlny HARDCORE. Oczywiście - wszystko zależy od indywidualnej granicy poczucia tego, co jest bólem a co nie... Są miejsca w których to uczucie jest tylko mało przyjemnym drażnieniem skóry. Ale są najczulsze miejsca - jak u mnie najwyższa część ramienia - tam gdzie ma się wrażenie że nie ma nic poza skórą i zaraz pod nią jest tylko kość - to jest niezwykłe... Przypomina samookaleczenie - cięcie tępym narzędziem skóry po to, żeby za chwilę uderzyć w odsłoniętą kość jednym zamachem siekiery i odrąbać całe ramię - to jest coś, co przeszkadza i dręczy, ale... po dwóch niemal godzinach takiego odczucia zaczyna się prawdziwa trauma - patrzę pusto w swoje odbicie w szybie i czuję cały czas coś co jest mocniejsze niż największa tęsknota i największy ból skrywany w duszy. Coś co zastępuje z powodzeniem ból psychiczny i wybieram go świadomie ponad każdą mękę psychiczną. Nie mogę się doczekać, kiedy facet nabierze znowu tuszu i machnie ręką w gęście rozluźnienia by powrócić do nękania mnie rysowaniem tego co mnie boli... To lepsze niż odurzanie się alkoholem czy innym przyziemnym środkiem chwilowego zapomnienia. Wbij pieprzone igły w swój bark, a zrozumiesz, że twoje wewnętrzne bóle nabiorą nowego wymiaru... Wszytko spłynie w niewielkiej ilości krwi, która się nagle pojawi... Facet pracuje w ciszy - zadeklarował wcześniej mimochodem, że nie lubi rozmawiać przy pracy... To ważny moment - podobno najbardziej bolesny - ale - chyba jestem chory bo dla mnie był najprzyjemniejszy...
- Słuchaj... Powiem ci, że trochę przerasta mnie to czasowo... Nie dam rady skończyć - przed nami jeszcze ok. 4-5 godzin.
(jakoś bezwiednie przeszliśmy na "ty"...")
- Ok - nie mam zaparcia na skończenie - zrób to jak należy - zadzwoń jutro - jestem dostępny.
-Nie chce tego kończyć w nocy - postaram się żeby znaleźć czas w dzień - lepiej będzie. To istotne.

29.03 (ok. 4-5 godzin)
Nie wyspałem się. Kto daje się kroic o 10.15?
- To najgorsze. Nie mogę na to patrzeć - nie dokończone kontury wypełnione po kawałku - marny widok... Mało... budujący :)
- Nie pozwólmy więc, żeby się utrwalił :)
WYPEŁNIANIE.
Syzyfowa praca. Bez polotu, bo nie ma w niej aktu tworzenia tylko... dekoracja. Rozmawialiśmy dużo - o tatuażach, muzyce z młodości, handlu z Chinami i niebezpieczeństwach internetu w perspektywie deficytu czułości na codzień... Przewijali się jacyś ludzie - przyglądali się z mniejszym lub większym zaciekawieniem - od wydzierganych ekstremistów po 16 latki udające dorosłość na rzecz posiadania kolczyka w pępku... opowiedział mi historię, kiedy chcial popełnić samobójstwo w młodych, zupełnie szalonych latach, opowiedział historię, kiedy romans internetowy przewrócił życie jego przyjacielowi, o muzyce, która fascynuje nasze dzieci i o wielu innych rzeczach...
CIENIE
To faza końcowa, ale... Hardcore w najgorszym wydaniu. Wypełnione przestrzenie są poranione i świeże - wykonanie cieni jest zahaczaniem o poranione przestrzenie i daje wrażenie rozdłubywania otwartej rany, nakłuwania czegoś, co ktoś wcześniej rozciął nożem i rozwarł na oścież by było widać dla wszystkich przyglądających się. Szczyt ekshibicjonizmu i uczucia bycia otwarty na każde ukłucie. Ale wtedy dopiero ma się wrażenie, że coś co powstało w naszym ciele znajduje swoje najtrwalszy punkt - głębiej sięgnąć już nie można...
- Ok... Czas na lustro...
(Gapiłem się w skupieniu dłuższą chwilę...)
- Zajeboza - trafiłeś. Jestem bardzo zadowolony.
- Cieszę się. Powiem ci... że sam się przekonałem z trakcie. Choć nie myślałem że coś z tego wyjdzie... sensownego... Ale wzór sam się obronił. Pozwolisz że zrobię kilka zdjęć?
(Zrobił 3 fotki...)
- Poczekaj - jeszcze telefonem zrobię bo chcę komuś wysłać tak na szybko...
Jestem chyba masochistą. To najlepszy "odjazd" jaki przeżyłem. Starannie dobrany wzór wrósł w moje ciało z każdym ukłuciem igieł przez całe długie 7 godzin nakłuwania. Po 12 godzinach mało co czuję - czuję się "zżyty". Zaaklimatyzowałem swój wzór w swojej duszy i ciele.
The tribal with its spirit within. Alkohol czy inne używki są zbędne - to starcza na dłużej i daje większy power - powtórzę to na drugim ramieniu za jakiś czas...

Trudno nie wierzyć w nic...

poniedziałek, 24 marca 2008

Brak tytułu

Potraktujmy muzycznie przemyślenia postświąteczne. Każdy na swoją modłę. Mój blog - więc - i moja muzyka - i moje przemyślenia.

John Lee Hooker feat. Santana
Pewnego dnia sprawy się odmienią
Pewnego dnia sprawy się odmienią
Nie będziesz próbować, a po chwili będziesz moja
Są dni kiedy czuję się stary i samotny
Płacz, płacz... - płaczę
Niedługo - sprawy się odmienią

Pewnego dnia - w środku nocy...
A ty tęsknisz i tęsknisz - tak tęsknisz...
Ale sprawy się odmienią
Odmienią się

Niedługo, po drodze, kochanie - sprawy się odmienią
Odmienią, odmienią, odmienią
Będziesz próbować nie odejść
Za chwilę będziesz moja!
W swoim czasie - w moim czasie - nadejdzie czas

Sprawy się odmienią
O tak...

Santana feat. Everlast
Hej wy - wszyscy grzesznicy - zapalcie światła
Hej wy - wszyscy kochankowie - zapalcie światła

Hej wy - wszyscy mordercy - zapalcie światła
Hej wy - wszystkie dzieciaki - zostawcie zapalone światła
Lepiej zostawcie je zapalone

Bo pod moim łóżkiem jest monstrum, które szepcze mi coś do ucha
I jest anioł z dłonią na mojej głowie
Mówi do mnie, że nie ma się czego bać...

Jest ciemność w mojej duszy głęboko skryta
Ale mam cel by jeszcze trwać
Niech więc zalśni Twoje światło - głęboko w moim domu
A ty Boże - nie pozwól bym utracił cierpliwość

Mark Knopfler
Bez słów...

niedziela, 23 marca 2008

Wszystkim

Wszystkim blogoczytaczom, blogoszwędaczom, blogokrytykantom i blogomaniakom - przesyłam małe Wielkanocne jajko... Również tym nieprzychylnym - i tym przychylnym; i tym przyjaznym i tym nieprzyjacielskim; i tym, którzy głaszczą bo głupim łbie i tym którzy walą młotkiem po głupim łbie... Bo życie jest bittersweet - a czytelnicy bloga są jego są jego solą i cukrem. Bo kobiety bywają hardcore and gentle - a blog jest wylewnią fascynacji i kloaką wątpliwości. A Mario - jest kwintesencją tego co was spotkało, spotyka lub kiedyś być może spotka. Nawet jeśli wam się zdaje że jest inaczej.
A tu Wielkanocne jajo specjalnie dla żonatych i "mężatych"...

wtorek, 18 marca 2008

Z serii: "Wynurzenia" z peryskopowej

Jeśli nie wystarcza już sama rutyna pracy, człowiek pokonuje swoją nieuświadomioną rozpacz przy pomocy rutyny rozrywek, biernego konsumowania dźwięków i obrazów, jakie stawia mu do dyspozycji przemysł rozrywkowy.
No sukinsyn utrafił chyba... Erich Fromm. Czytałem go kiedyś dużo, acz fragmentarycznie, żeby lepiej pojąć "istotę rzeczy" i choćby przypadkiem w treściach natknąć się na coś co wyjaśni mi lepiej sposób mojego rozumowania i stylu życia. Niektóre rzeczy tego typu - kiedy się je czyta - brzmią tak "oczywiście", że aż dziwne, że się o tym wspomina. Ale czasami wydaję się sam nie rozumieć tego i nie pojmować... dopóki nie przeczytam tych myśli wypowiedzianych jako słowa przez kogoś innego. Dziwne, że myśli się wtedy: no tak - przecież to oczywiste. Ale trzeba było to gdzieś przeczytać, żeby "dotarło"... I niejeden pokiwa głową przeczytawszy powyżej o przemyśle rozrywkowym i samym sobie: tak - to o mnie, tyle że ubrane w zgrabne zdanie...

Pociąg seksualny two­rzy na krótko złudzenie związku, a jednak bez miłości „związek" ten pozostawia obcych równie daleko od siebie, jak byli przedtem – zdarza się niekiedy, że zaczynają się siebie wstydzić lub nawet nienawidzić; kiedy znikają złudzenia, dwoje ludzi zaczyna odczuwać wobec siebie chłód i obcość jeszcze wyraźniej niż uprzednio. Czułość nie jest bynaj­mniej, jak to utrzymywał Freud, sublimacją instynktu seksualnego; jest bezpośrednim wynikiem braterskiej miłości i istnieje zarówno w fizycz­nej, jak i w niefizycznej formie miłości.
Kolejne "święte słowa" - w szczególności jeżeli chodzi o aspekt czułości - defaultowo pojmowanej zwykle w sferze fizycznej. Szczególnie trudny temat dla mężczyzny, bo jak okazać czułość w sferze niefizycznej i jednocześnie nie wypaść... infantylnie? "niemęsko"? rzewnie? Pewnie dlatego tak mało w życiu tej czułości ze strony męskiej - nie, nie z braku jej odczuwania, tylko z nieumiejętności jej "zdrowego" okazania. Choć faktycznie - specyficzne "betony" wśród facetów mają też swoje miejsce na tym świecie. Często jest tak, że umiejętność bądź próby wyrażania tej czułości w formie niefizycznej działają jak... balsam na żeńską część społeczeństwa. Może to z ogólnego deficytu czułości nieseksualnej, a może z tęsknoty, że chciałoby się mieć kogoś takiego "u siebie" na co dzień. Jakby nie było faktycznie - WSZYSTKIM jest to potrzebne, niezależnie od płci, bo jeśli jest prawdziwe, daje pewien dowód na istnienie między nami czegoś więcej niż tylko seksualnej potrzeby spełnienia się czy ucieczki od rutyny pracy, czy powstrzymania siebie samego przed wspomnianym wcześniej konsumowaniem przemysłu rozrywkowego. Prawda jest chyba taka, że miłość często nie jest niczym innym jak korzystną wymianą pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy otrzymują maksimum tego, czego mogli się spodziewać, wziąwszy pod uwagę ich wartość na rynku osobowości. Nie chodzi bynajmniej o stosowanie chłodnych kalkulacji ale o poszukiwanie nieświadome kogoś "na naszym poziomie" - emocjonalnym, intelektualnym, charakterologicznym... Jak go zwał tak go zwał. Oczekujemy cudu we "własnej lidze". Uzupełnienia samego siebie i zrozumienia wzajemnego, które przecież może nastąpić tylko pod warunkiem, że "nadajemy na tych samych falach". Dlatego osobiście z pewnością nigdy nie poczuję "mięty" do szalonej ekstrawertyczki z burzą włosów (każdy w inną stronę...) i sukni do samej ziemi malującej obrazy w stylu kubistów... Nie moja liga... Bo człowiek szuka w drugim czegoś, w czym mógłby się wygodnie i jednocześnie prawdziwie "odbijać" i żeby to odbicie dawało jego prawdziwy obraz, a nie cudze wyobrażenie o nim samym. Bezstresowo. Jestem jaki jestem i oddałem Ci się bo w Twoich oczach widzę prawdziwego siebie. Właśnie: Kochać oznacza powierzyć się komuś bez żadnych zastrzeżeń, oddać się całkowicie w nadziei, że nasza miłość wywoła miłość człowieka, którego kochamy. Miłość jest aktem wiary; każdy, kto ma mało wiary, ma mało miłości. Wszystko pozostaje kwestią podjęcia swoistego ryzyka - pokażę siebie prawdziwego i zobaczymy co z tego wyniknie. To jest droga do tzw. szczęśliwej miłości w najlepszym wydaniu. Bo przecież jeśli zostaniesz pokochany jako prawdziwy TY - zapewne nic tego później nie ruszy. Chyba że twoje własne czyny. I nawet jeśli miłość jako zakochanie odejdzie gdzieś w miarę upływu czasu - to tak naprawdę nie odejdzie tak po prostu, bo pozostawi po sobie coś ważniejszego. Coś co umacnia nas w byciu razem na wiele lat. Cokolwiek to jest - nie umiem tego nazwać po imieniu (zresztą zawsze jest problem, żeby "język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa" :) ). Po prostu - sprawdzi się schemat, że jeśli wierzysz, że jesteś coś wart i poszukasz kogoś we własnej lidze emocjonalnej i zaryzykujesz oddając się - masz wielkie szanse na "wygraną". Nie wystarczy zdawać sobie sprawę z własnej wartości i śpiewać peany na jej cześć. Trzeba oddać to komuś do oceny... Jak powiedział Erich: Muszę obiektywnie poznać drugiego człowieka i siebie po to, aby móc wiedzieć, jaki jest naprawdę, albo raczej aby przezwyciężyć złudzenia,irracjonalnie zniekształcony obraz, jaki sobie o nim wyrobiłem. Jedynie wtedy, jeśli znam obiektywnie jakiegoś człowieka, mogę poznać w akcie miłości jego najgłębszą istotę.
Alleluja. Podpisuję się pod nim.

poniedziałek, 17 marca 2008

Palmiasta Niedziela i myśl kudłata o wiośnie

- Ściema sister
- No hello - zobaczyłam cię z młodym w lusterku wstecznym z palmą w tle i mówię do małej - no patrz, chyba jadą tu gdzie my... A gdzie łajf twój osobisty?

- W chałupie - odsypia chyba :)

- Acha... Znaczy standard :)

- Taaa... Chociaż i ja dziś jak widzisz niewyjściowy i mało wyględny jestem - jakoś nie miałem weny żeby się ogolić.

- Ty - to jak to u was jest - do kościoła z dzieckiem idzie ten kto przegra losowanie czy ten kto ma miękkie serce?

- Heheheh... Chyba ten kto mięknie szybciej - a że to zwykle ja jestem to już jakoś tak się dziwnie układa... :) Nie lubię długo dyskutować - po prostu się ubieram i jadę.

(zamilkli w zadumie - nad palmami i świętem czy życiem własnym...? nie pamiętam...)
- Ty kurwa mać weź zobacz - my to jak modelowa rodzina w tym kościele dzisiaj :)

- No prawie - rączka w rączkę - dzieci pod ołtarzem... Taa...

- Taa...


W kościele wytrzymałem raptem pół godziny... Bezbożnik... Poszedłem do parku popatrzeć na siebie samego w odbiciu w wodzie lokalnego stawu. Zimno trochę, ale jakby nie patrzeć - wiosna. Nie wypada nie wspomnieć o wiośnie skoro przeglądając odwiedzane regularnie blogi na każdym właściwie natrafia się na jakiś "news" wiosenny. Czasem wręcz poematy całe i epopeje o pannach zakładających zwiewne sukienki gdy robi się cieplej... A co "jara" Maria wiosennie? Jako przedstawiciela męskiej części społeczeństwa? Ano np. takie "widoki":


Tak... - długie, najchętniej czarne buty, i płaszczyk wiosenny :) Niekoniecznie od razu czerwony. Żeby nie być gołosłownym... - link... Otwieram szyby w samochodzie i "zapuszczam" Knopflerka...

Heal me with a smile, Darling Pretty
Heal me with a smile and a heart of gold

Carry me a while, Darling Pretty

Heal my aching heart and soul


Just like a castaway lost upon an endless sea
I saw you far away - come to rescue me

Cast away the chains, Darling Pretty
Cast away the chains away behind

Take away my pain, Darling Pretty

And the chains that once were yours and mine...

Mam jakieś dziwne przeczucie, że ta wiosna będzie szczególna dla mnie - może złuda radosnej pory roku mnie objęła jak niektórych, ale... tak mi się zdaje. A może sam się stałem bardziej gotów na zmiany i optymizmu czasem przybywa zupełnie znienacka... Jedno jest pewne - kobieta leczy uśmiechem :)

piątek, 14 marca 2008

***

Czytając poezję odwracam się o jakieś 15 lat od wszystkiego. Pewnie dlatego coraz częściej ją czytam i jej "nasłuchuję".

(***)

Zatrzymałem się na kroplach ściekających
na Twoich ustach
na zdjęciu które zrobiłem

Zatrzymałem się na śmiechu głośno zawstydzonym
i w spojrzeniu które wywołałem
na Twoich ustach

Upadliśmy na ziemię, żeby unieść się na chwilę
i utrwalić nas na zdjęciu
na Twoich ustach

Zatapiam chusteczkę w szklance i wycieram twarz
Żeby tylko zlizać krople z Twoich ust
i zostawić Cię mokrą

To jest jak erotyk "wspomnieniowy". Kiedy wszystko się "kotłuje"i zostaje się tylko z obrazami lub marzeniem.

(***)

Inkwizytorzy są wśród nas. Żyją w suterenach wielkich kamienic
i tylko napis MAGIEL TUTAJ zdradza ich obecność.
Stoły o napiętych brązowych mięśniach, potężne walce, miażdżące
wolno, ale dokładnie, koło napędowe, które nie zna litości - czekają
na nas.
Prześcieradła, które wynoszą z magla, są jak puste ciała czarownic
i heretyków.

To jest prawda o tych, którzy zawsze mają coś do powiedzenia na temat innych. I powieszą cię nim usłyszysz o co jesteś oskarżony.

(***)

Żadnych objaśnień. Odsyłaczy.
Przypisów. Haseł.
Libacja milczących winorośli.

Wszystko zależy od tego
jak długo będziemy zawsze.

To chyba o każdym. I o jego słowach, na których zwykle się kończy - lub od których się zaczyna...

(***)

Zmiękł Twój oddech na chwilę
Gdy rękę na nim położyłem
Zbladłaś gdy dotknąłem myśli

A ja tylko wyrwałem swoją duszę i Twoje serce
I zamieniłem miejscami
Niepostrzeżenie

Miłość absolutna?

wtorek, 11 marca 2008

Herbert

(***)

Naucz nas także palce zwijać
i drzwi podpierać z tamtej strony
pokojów próżnej już miłości

niech kiedy trzeba będzie pięścią
to co marzyło tak o szczęściu
i osłaniało chudy płomyk

a potem po skończonej walce
pozwól nam rozprostować palce
choćby już była tylko pustka

gdy w dłoń otwartą przyjmiesz klęskę
gdy czaszkę w czułe palce weźmiesz
zacznie się wtedy jeszcze raz

otwartych dłoni wielka sprawa
po strunach podroż po zabawach
ostatnie ziarno ocalenia

(***)

Pijacy są to ludzie,
którzy piją do dna i duszkiem.
Ale krzywią się,
bo na dnie widzą znów siebie.
Przez szyjkę butelki obserwują dalekie światy.
Gdyby mieli silniejszą głowę więcej smaku,
byliby astronomami.

(***)

Śmiech mnie rani i radość pospół gdzie byłem a nie jestem
Radość mnie boli gdy zza płotu słucham ciekawsko
Rękę wyciągam komuś nieśmiało z uchem podsłuchując przeszłość

Ale gdy patrzysz i mówisz i śmiejesz się - uciekam do Ciebie
a w zaszłości tylko cień swój zostawię

piątek, 7 marca 2008

***

To się chyba nazywa "masakra". Rozpadam się już na takie drobne pieprzone kawałeczki, które chrzęszczą pod butami, kiedy się na nie nadepnie. Nie znoszę widoku ludzi, do których wypada się usmiechnąć i coś powiedzieć. Nie udaje mi się już tak skutecznie odgrywać ról "normalnego". Nie mam cierpliwości do znajomych, rodziny, kolegów, koleżanek, klientów, kontahentów, Boga i znaków drogowych. Modlę się wręcz każdego popołudnia, żeby żona gdzieś poszła wieczorem i żebym nie musiał jej oglądać, słuchać komentarzy, które albo już mnie nudzą, albo wywołują nieoczekiwaną detonację, wywołującą - nawet zabawny - popłoch w otoczeniu.

(do szwagra)
- Mam coś znakomitego do przetestowania - wpadnij to ci naleję :)
(krótki smiech)
(małżeński komentarz półgłosem - O ile jeszcze będzie co...)
- Do jutra wystarczy!!!
(popłoch w towarzystwie i wilczy wzrok, który ucina wszystkim chęć komentarza, zapytania, zainteresowania...)
(i znowu uśmiech)
- Jeszcze nie wszystko wypiłem - ale musisz się streszczać :)

Prześwietliłem już cały internet i dotarłem do "ostatniej jego strony". Wylali mnie jak beton - i zastygłem. I roztrzaskali mnie. Nikt mnie nie znajdzie bo jestem wszędzie. Mimo potrzeby napisania czegoś - gubię wątek i umiejętność logicznego myślenia i wyciągania sensownych wniosków. Nawet do tego przestałem się nadawać.
http://pl.youtube.com/watch?v=o7K3QBVt-mM

środa, 5 marca 2008

Hardcore and gentle

Nie bacząc na mrozu szpony tnące i na niepogodę... Dobra, bez przesady - pogoda była przyjemna i chociaż zimno, to świeciło słońce i ludzie w okularach przeciwsłonecznych wyglądali... wiosennie. Zresztą chyba w ogóle ludzie w takich okularach wyglądają szczęśliwie. No więc i Mario takowe przywdział, żeby nie zabić się na najbliższym drzewie i wyruszył w drogę na spotkanie z... wiadomo kim. Człowiek jest jednak ułomny - nie dość, że od rana sraczka psychiczna to jeszcze i inni jadą jakby... wiadomo. Mario jest z tych idiotów co podjeżdżają do ciebie na 3 milimetry i błyskają po oczach gromkim "wypier...!!!". Tak - to mnie przeklinacie, kiedy akurat wam się nie spieszy. Ale mnie się spieszy!! Niespecjalnie się nawet na tym zastanawiał, bo myślał na tym... nietrudno się domyślić, nad czym człowiek wtedy myśli. Tak naprawdę to nad wszystkim i nad niczym. Postanowił jednak, że nie będzie odgrywał "kogoś innego" - ubrał się tak, jak chodzi do pracy, bez zastanawiania się czy to pasuje do siebie czy nie, i będzie przeklinał wtedy, kiedy będzie miał na to ochotę. Oczywiście w granicach tzw. ludzkiej przyzwoitości...
Chwila przerwy, rozwodnione latte i snickers wyprostowały mu kręgosłup, bo za długo w jednej pozycji nie można trwać.
Pełen niepokoju, z dudniącym w słuchawkach BigTimeSensuality - po 2 godzinach, wjechał do tzw. Innego Miasta. Wyjaśnijmy w tym miejscu przyczyny porażki, która nadeszła cichutko i niepostrzeżenie kilkanaście minut później. Mario postanowił zanabyć drogą kupna plan miasta. Którym - jak się okazało - nie potrafi się posługiwać. Przebywał w stolicy chyba 11 razy, ale ZAWSZE albo "przesypiał" albo "przeczytywał" albo z zamkniętymi oczami "przesłuchiwał" podróż. A tu trzeba jeszcze dotrzeć w jakieś zupełnie egzotyczne miejsce... No i zgubiła się kurwa mać sierota. Przeprosiwszy wstępnie telefonicznie Calvinię, udał się w okolice jedynej znanej sobie okolicy - na dole jakaś woda a na górze - firma, w której kiedyś mieli ochotę go zatrudnić. No i czekał udając, że jest zupełnie wyluzowany. Stał i czekał. Nad sobą postanowił się nie zastanawiać, chociaż wiadomo - "ładni"ludzie wzbudzają przyjemniejsze uczucia na pierwszy rzut oka i miło byłoby się spodobać. Palił i myślał - i postanowił rozwiązać odwieczny męski dylemat - ładna czy okropna, ciekawe czy mi się spodoba czy nie. Jak będzie okropna: uśmiechnie się, powie coś miłego i gdzieś sobie pojadą - normalnie. A jeśli nie... - to chyba nie ma co gadać bredni tylko po prostu pocałować i wtedy będzie już sama wiedziała, że... A reszta sama jakoś normalnie sie potoczy. No i przyszła. No i pocałował...

Przyszła hipersłodka dziewczyna, w długich czarnych butach i swoim (jak to sama nazywa - zielonym bandażu), na której widok człowiekowi robi się ciepło na sercu i ma się ją ochotę objąć i przytulić na długi, długi czas. I tak zostać... Psychiczna sraczka wcale mi nie odpuściła (co zapewne było widać) i kiedy usiedliśmy w jakiejś nieodległej jadłodajni, okazało się, że nie odróżniam prawej strony od lewej, a kiedy proponują, żeby się przesiąść na stronę dla palących (bo widzą papierosy na stole) to nie do końca rozumiem, co się do mnie mówi. Nawet jeść się nie dało na początku, więc postanowiliśmy zacząć od piwa. Większość czasu gapiłem się jak lokalny głupek - prosto w oczy - próbując dojrzeć bez wiwisekcji to, nad czym zawsze się zastanawiałem. Bo człowiek zastanawia się: czy ktoś "rodem z internetu" naprawdę jest taki, jak na komunikatorze, jak na swoim blogu, jak w swoim mailu? To coś innego - spojrzeć komuś w oczy, zadać pytanie i zobaczyć, jak się zachowa i jak odpowie. No i wyparzyłem. Jest zupełnie PRAWDZIWA! Jest taka sama we wszystkich "mediach" za pośrednictwem których wcześniej mi się pokazała. Ma słodki głos, który mnie rozbraja i śmiech, który na mnie jakoś dziwnie "działa". A jednocześnie jest w niej coś "mocnego". Trudno to opisać. Po prostu - hardcore and gentle... Big time sensuality.
Czas zleciał mi zastraszająco szybko. I jak to u urodzonego pesymisty - ciężko cieszyć się każdą chwilą... Człowiek jest szczęśliwy, bo ma jeszcze trochę czasu, ale wie, że to już "droga powrotna" i tak naprawdę od tzw. "pierwszego spojrzenia" wiedział, że będzie mu żal odjechać; że każdy upływający od teraz moment zbliża go do tego momentu, kiedy trzeba będzie powiedzieć "do widzenia". A tak by się tego nie chciało. To prawdziwie słodko-gorzkie połączenie. Hardcore and gentle.
Nie chciała dać się odwieźć pod dom. Tylko trochę podjechaliśmy. "Nie lubię długich pożegnań". Nikt ich nie lubi. Ale tak mi było żal, że kiedy szybko wysiadła z samochodu i rzuciła na koniec "Trzymaj się" to miałem wrażenie, że szybko ucieka, a później nawet biegnie. Siedziałem jeszcze kilka minut w samochodzie. Znów mnie coś cholernie ściskało za gardło. I nie mogłem znaleźć w kieszeni papierosów. A kiedy znalazłem to gapiłem się przed siebie zamiast zapalić. Aż w końcu odjechałem. Ale wrócę.

PS. Wiem, że miała być fotorelacja, i początkowo chciałem dać upust ekshibicjonizmowi, ale jak przyszło co do czego to jakoś nie myślałem o zdjęciach... Chociaż zrobiłem 2 w "afekcie":

Przerwa na wyprostowanie myśli i kręgosłupa.

Zaglądanie w talerz Calvinii :)

Tego nie zrobiłem, ale wracałem tędy i o takiej porze - więc prawie się liczy :)

niedziela, 2 marca 2008

Hormony

- A zatem wniosek jest prosty. Jeżeli nie byłoby kobiet na świecie faceci by się nie mordowali.
- Niee no teraz to pan trochę przesadził. Faceci zawsze znajdą powód żeby się napierdalać.
- Nie....
- Taa
- Nie
- TAK!
- NIE!!! ....Dobra - powiedzmy, że nie ma kobiet na świecie. Jaki mógłby mieć pan powód, żeby mnie zamordować?
- Komórkę mogłbym panu zabrać. Dzwoniłym sobie do jakichś fajnych dup...
- Dup nie ma! Umawialiśmy sie!
- No to do pana Fistaka bym sobie dzwonił.
- I o czym byście sobie gadali?
- Jak to o czym?
- (pan Fistak) O dupach...

- Ha!
- Ee... o piłce nożnej!
- Ale nie byłoby piłki nożnej!
- Jak to nie byłoby piłki nożnej??
- A dla kogo grają piłkarze?
- Jak to dla kogo? Dla kibiców!
- I pan w to wierzy??
- Dla sławy... Dla pieniędzy...
- I po co im ta sława i pieniądze?
- Za pieniądze kupują fajne i szybkie bryki!
- A na co im według pana te fajne i szybkie bryki? Żeby bajerzyć dupy!! Koło się zamyka!!!

***
- Jaki ma pan silnik w samochodzie?
- 2.5 litra z turbodoładowaniem
- A ja 2.0 V6, 2 turbiny i jeszcze magnetyzer dołożyłem.
- A ja 1.6
- No? I co? Przecież w mieście jest ograniczenie do 50 km/h.



A ja? Ja słucham i jem cukier.

sobota, 1 marca 2008

Soap Opera vol. 28

Szczerość w dzisiejszym poście sponsoruje lokalna spółdzielnia pszczelarska i jej fantastyczny wyrób:

Scenariusz do dzisiejszego odcinka napisał się sam.
Nie bacząc na szpony mrozu tnące i na niepogodę (bo zapowiadają straszliwe wiatry - ma wystąpić huragan Janina i orkan Józef), za bardzo-niedługo Mario wybiera się na spotkanie z... mniej więcej wiadomo z kim. Uprzedzając pytania i wątpliwości:
- tak - niezła masakra;
- nie - Mario nie zamierza niszczyć niczyjego życia - wręcz przeciwnie;
- nie - Ona nie zamierza niszczyć Mariowi życia - wręcz przeciwnie;
- nie - nie spotkają się i w trybie natychmiastowym nie będą "żyli długo i szczęśliwie";
- owszem - chuj śmiertelny raczy wiedzieć co z tego wyniknie.
Jedno jest pewne - skrywany ekshibicjonizm Maria da swój wyraz w dokładnej-na-tyle-na-ile-to-będzie-możliwe fotorelacji z owego oczekiwanego spotkania - tak aby czytelnicy mogli bądź to z chusteczką, bądź to z wiaderkiem na wymiociny, bądź to z przerażeniem w oczach obserwować co też tam się działo i do czego to doprowadziło... Dopiero po tej relacji będą mogli zwyzywać Maria od słabych psychicznie i fałszywych. Zapraszamy do krytyki, ale jednocześnie prosimy o ogólne zrozumienie miłościwie nam panującej Królowej Sytuacji. Na razie powstrzymajmy się od osądów. Myślenie nie boli.
Podróż to dość egzotyczna, bo:
- Mario nienawidzi takich podróży samochodem jako kierowca (starość i dolegliwości związane z kręgosłupem);
- niby jest tam jakaś sprawa do załatwienia, ale Mario w głębi duszy wie, że nawet gdyby nie ta sprawa to i tak by pojechał - i to nawet wcześniej;
- miejsce Jej aktualnego zamieszkania Mario zawsze uważał za ohydne i szczerze nienawidzi podróży w tamte strony - i nawet znalezienie tam miliona złotych polskich, bądź odnalezienie miłości życia nie zmieni tego - jednak przecierpi to w imię wyższych celów, bo wie, że niezależnie od wszystkiego, życie zawodowe i tak zmusza go do regularnych tam wizyt;
- miejmy nadzieję, że stary już bardzo samochód Maria przetrwa 2 godziny z prędkością 160 km/h, gdyż z taką prędkością z pewnością będziemy się przemieszczać, nawet gdyby miało nas to kosztować życie (gdyż zawsze się tak przemieszczamy).
Pewnej egzotyki dodaje również fakt, iż istnieje niebezpieczeństwo, że sama zainteresowana - zobaczywszy Maria przez okno "w realu" przerazi się jego straszliwego wyglądu i stwierdzi, że chyba jednak nie da rady i daruje sobie tak ekstremalne przeżycia. W takim wypadku z pewnością Mario kupi kolejną butelkę miodu (tym razem "Jadwiga" - uznany za jedno z branżowych czasopism za najlepszy miód na świecie) i przemyśli swoją aparycję nieco dokładniej. Aha - no i stanie się reprezentantem niniejszego toku myślenia...
Starając się uniknąć za wszelką cenę pułapki mentalnej polegającej na "dorabianiu teorii do możliwej porażki", zakończę dzisiejszy odcinek pieśnią szczególną. I krótką relacją jak to doprowadziłem dziś swoją przyjaciółkę do pijaństwa:

Mario (29-02-2008 20:46) fantastyczny tekst o kobiecie: Mario (29-02-2008 20:46) "(...)dziewczynka, gdy stanie się kobietą, będzie wiedziała, jak poruszać się w świecie. A w szczególności zrozumie, że gdy się na coś nie zgadza, to jest wredna i cyniczna. Gdy się cieszy, to się wygłupia albo jest pijana. Gdy chce ładnie wyglądać, to się mizdrzy, a gdy kimś się zainteresuje, to się puszcza. Gdy się wstydzi, to jest głupia, a gdy się nie wstydzi, to jest bezwstydna. Gdy się przy czymś upiera, to przesadza, a gdy się nie upiera, to nie wie, czego chce. Jak kocha, to jest naiwna, a jak nie kocha, to jest zimna. Gdy ma ochotę na seks, to jest suką, a gdy nie ma ochoty na seks, to też jest suką. Jeśli chce być kimś – to znaczy, że przewróciło się jej w głowie, a jak nie chce być kimś, to jest głupią kurą. Jeśli jest sama, to znaczy, że nikt jej nie chciał, a jeśli jest z kimś, to znaczy, że cwana. ...a gdy dostaje furii – to jej się tylko tak zdaje." I*** (29-02-2008 20:57) no to ci tekst... to kim ja jestem -głupią, bezwstydną i cwaną suką której nikt nie chciał bo wyszła za mąż z rozsądku Mario (29-02-2008 20:58) o jeeeeeeeeeeeeeeeeeeezu... I*** (29-02-2008 20:58) to straszne chyba się napiję z tego powodu Mario (29-02-2008 20:58) no to mi "pojechałaś"..... I*** (29-02-2008 20:58) czy to naprawdę ja, nie no nie wierzę Mario (29-02-2008 20:58) czekaj czekaj... Mario (29-02-2008 20:59) niech no ja zobaczę jak ty to zinterpretowałaś... Mario (29-02-2008 21:00) na pewno: Mario (29-02-2008 21:01) przesadzasz Mario (29-02-2008 21:01) czekaj - dalej... Mario (29-02-2008 21:01) jak nie kochasz - jesteś zimna - to na pewno.... I*** (29-02-2008 21:02) jeszcze powinnam dodać że jestem zimna i przewróciło mi się w głowie Mario (29-02-2008 21:02) teraz myślę: czy jesteś głupią kurą czy przewróciło ci się w głowie...? I*** (29-02-2008 21:02) jezu co się ze mnie zrobiło...

Nie ma sensu dalej cytować.