poniedziałek, 25 lipca 2011

Jechałem metrem

W Saskim Ogrodzie koło fontanny
Jakiś się frajer przysiadł do panny
Była niewinna jak wonna lilia
Na imię miała panna Cecylia
Tak z nią flirtował aż przebrał miarę
Skradł jej całusa, ona mu zegarek...





I nie tylko zegarek.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Whisky to mężczyzna

W przeciwieństwie do wina, które z pewnością jest kobietą. Bardzo lubię whisky. Przynosi spokój - opadają emocje. Hiszpańska sukienka z winogron daje emocje i podkręca do działania. Whisky daje ukojenie - jak przed zgonem. Chcę o tym napisać, bo akurat została mi butelka bourbona, którym się właśnie raczę. Poza tym - to chyba też przez wspomnienie weekendu z czarnym Jim Beam'em. Bardzo imponują mi kobiety pijące whisky bez rozcieńczania colą, czy wodą. Znam niewiele takich.


Problem z whisky polega na tym, że jest mocna i trudno docenić wszystkie jej walory jeśli nie umie się jej pić. Jako w miarę doświadczony pijak mam kilka swoich subiektywnych (ale sprawdzonych wielokrotnie) propozycji na temat tego jak zachować się w towarzystwie tak mocnego faceta - faceta, który potrafi przeleżeć 12 lat i ciągle jeszcze dawać przyjemność swoją obecnością. Mądrzę się trochę, ale miałem dobrą podstawę teoretyczną nim zacząłem popijać whisky (znajomy barman i lektura pewnego poradnika koneserskiego, którego tytułu już nie pamiętam) - bez niej ciągle odczuwałbym traumę, której przebłyski wiążą się z Johnnym Walkerem wypitym w wieku szczenięcym bez przygotowania - w formie najtańszego z najdroższych drinka ze szklanką wypełnioną lodem po brzegi. Rzecz była na tyle obrzydliwa, że - uwierzcie - od ponad 20 lat nie wziąłem do ust Jasia Wędrowniczka. I jakoś mnie nie ciągnie.

Jak to się popularnie mówi - wzrok, węch i smak. Tak w skrócie powinniśmy chyba odbierać whisky. Osobiście zauważyłem, że część rytuału picia nosi znamiona snobizmu - ale po zastanowieniu się nad nimi stwierdzam, że to tylko znamiona. Nalewamy do szklanek typu tumbler albo do koniakówek. Albo do takich dziwnych kieliszków w kształcie tulipana. Tu już jest pierwsza pseudo-snobistyczna niekonsekwencja - czemu akurat tumbler skoro tulipan (czy zwykła koniakówka) lepiej się sprawdzi? Bo tulipan wygląda... pedalsko (przepraszam za wyrażenie). Koniakówka zresztą trochę też. Whisky w kieliszku smakuje gorzej niż w tumblerze i koniec! Tulipan jednak przydaje się do tego, czemu służy koniakówka - jego kształt zatrzymuje intensywny aromat trunku - a tego nie sposób pominąć. Ale zanim cokolwiek - to ja zawsze wącham szklankę. Nie wiem jaką inni mają wodę w kranach, ale ja zawsze po powąchaniu szklanki czuję, że była myta wodą z kranu. Dlatego tumblery płukam wodą mineralną. Szklanka musi być sucha, bo woda - nawet jeśli już nie śmierdzi rurami - to i tak trochę zniekształca whisky. Jak nie mam wysuszonego tumblera po mineralnej (a nigdy nie mam) to wycieram ręcznikiem papierowym po przepłukaniu. Szkło nie może być zimne - ani ciepłe. Po prostu "pokojowe" - tak jak whisky. Pamiętajmy, że to nie jest trunek orzeźwiający - orzeźwić to się można mineralną gazowaną w upalny dzień czy piwem (niezależnie od upalności dnia). A to ustrojstwo miewa nawet 70% więc prędzej nas sczyści jak kota po rabarbarze niż orzeźwi. I lejemy trunek - tak gdzieś do 1/4 szklanki. Nie dlatego, że takie są obyczaje tylko dlatego, że nie wypije się tego szybko, a nie możemy doprowadzić do momentu, kiedy za bardzo wywietrzeje. Lodu zdecydowanie nie polecam. Tu (moim zdaniem) snobizm - jak dodajemy już ostatecznie lód to mówią, żeby dodawać whisky do lodu, a nie odwrotnie. Bzdura. Nie ma żadnej zauważalnej różnicy. Ma natomiast miejsce okropny proces - nalejcie sobie tak kiedyś i zobaczcie pod światło jak whisky walczy z lodem - nigdy nie da się przeniknąć. Zawsze będzie to coś na kształt wody wlanej do oleju - gęste maziaje wodnistej substancji o obrzydliwym smaku zabijające również aromat. Naprawdę można się zrazić - znika aromat whisky, a zostaje mieszanina wody i jakiegoś bliżej nieokreślonego alkoholu. Dla mnie to smród wywietrzałej wódki. Dlatego - bez lodu.

No to najpierw wzrok - proponuję podnieść szklankę nieco do światła. Przechylić lekko i wykonać kilka powolnych ruchów okrężnych tak, żeby whisky zalała ścianki naczynia. 2 lub trzy razy dookoła. Zobaczymy piękny kolorek - zwykle to karmel, którym zabarwia się whisky, ale w najdroższych gatunkach widać lekkie zmętnienie. W tych hiper drogich - nie destylowanych odmianach można napotkać nawet maleńkie fragmenty drewna beczki, w której leżakowały. Po chwili zobaczymy jak tworzy się tzw. korona z trunku - a po kolejnej chwili zacznie on spływać po ściankach i wytworzy łzy. Im grubsze i masywniejsze łzy - tym mocniejsze whisky. Cała ta chwile płacze. Im powolniej - tym lepiej. Smutek zawsze trwa długo.

Potem węch - teraz przydałoby się wsadzić nos w szklankę - dosłownie. I wykonać głęboki wdech. Odczujemy cały aromat i przyzwyczaimy nozdrza do mocy, która w nas zaraz wstąpi. I odbierzemy pierwsze sygnały charakteru trunku. Proponuję 2-3 bardzo powolne, ale głębokie wdechy. Alkomat by pewnie zwariował po takiej inhalacji. Ale to konieczne - żeby nas nie zatkało potem - bo to zniekształci odbiór.  Ano właśnie - zapomniałem - niczego nie jemy przez kilka godzin przed degustacją!!! Nawet piwowarzy przychodzą do pracy bez śniadania.

No i smak - ja pierwszy łyk biorę maleńki. Bardzo maleńki. Rozlewam trunek po całym języku, żeby przyzwyczaić kubki smakowe do mocy, która ogarnie je za chwilę. Trzymam whisky na języku przez kilka sekund - język musi ostygnąć - zagotować się i przyzwyczaić do tego, co go spotka. Absolutnie nie pozwalam, żeby alkohol spłynął gdzieś niżej poza nieckę, którą tworzy język - to daje nieprzyjemne uczucie podrażnienia, które chociaż chwilowe to jednak zaburza moim zdaniem odbiór. Jeśli już tak się stanie to lepiej odczekać kilka minut i ponowić wstępnego małego łyczka. A potem łyk "właściwy". Nigdy zbyt duży. Nigdy nie pijcie tak, jak robią to na filmach - łyk i połknięte - lepiej kupić Wyborową i się nawalić - podobny efekt będzie, a koszt wyjdzie poniżej 20 złotych za pół litra. Porcja powinna być dużo większa, ale znowu polecam zrobić z języka łódkę i zamknąć ją podnosząc język do podniebienia - żeby się nic nie wylało. Potrzymać przez ok. sekundę i połknąć.

Piękno whisky odnalazłem w tym, że ma wiele etapów - i tak naprawdę to KAŻDY łyk smakuje inaczej pierwszy jest najmniej przyjemny, drugi i trzeci - najpełniejsze, czwarty bywa wręcz boski, kolejne - odkrywają tzw. aftertaste. Nawet po odstawieniu butelki pozostaje delikatny posmak i aromat trunku - wspomnienie beczki, w której leżakował. Po wódce będzie tylko smród - po 2 szklankach widocznego na zdjęciu bourbona czuję kukurydzę. Po kolejnej - beczkę.

Ostatnie 2 tygodnie spędziłem pod znakiem whisky intensywniej, niż zwykle. Gatunków jest tysiące i umrę zanim spróbuję ułamka procenta mocy, która w nich drzemie. Dlatego krótko tylko polecę to co dobrze pamiętam smakowo z ostatnich 2 tygodni: Jack Daniels - popularny bourbon. Bourbon to w zasadzie whisky - tyle tylko, że biedni amerykanie po posadzeniu jęczmienia na swej rodzimej ziemi odkryli, że za cholerę nie chce rosnąć. A ponieważ bez jęczmienia nie ma whisky - można wyhodować na jałowej glebie np. kukurydzę i nazwać to bourbonem. Ale polecam, bo naprawdę czuć kukurydzę o bardzo smacznym "drugim" smaku - a poza tym jest to trunek przepuszczany przed leżakowaniem przez węgiel drzewny z drewna klonowego (lej musi mieć co najmniej 3 metry). Tak naprawdę to też nie jest to bourbon tylko - jak twierdzi etykieta - Tennessee whisky, ale nie przesadzajmy. Bourbon dla mnie to coś, co - zgodnie z zasadami - zostało wyprodukowane z zacieru zawierającego co najmniej 51% kukurydzy - czyli po amerykańsku. Nie ważne przez ile kilometrów węgla to przepuszczono - to nie whisky. Smakuje ten trunek bardzo dobrze, ale nie wiem, który z aromatów jest klonowy - po prostu jest dobre i już. Jim Beam Black - klasyczny bourbon, ale polecam zdecydowanie bardziej niż Jacka Danielsa - intensywny i baaardzo przyjemny smak. Lekki, nie dusi przy zbyt dużym łyku. W sumie jednak niezbyt długo zostaje w ustach. Etykieta twierdzi, że leżakuje 3 razy dłużej w opalanych dębowych beczkach niż klasyczny Jim Beam i muszę przyznać, że bardzo mu to służy. Z pewną dozą wstydu przyznaję się do wypicia 8 tumblerów w jeden wieczór. No i mój faworyt - Bushmills BlackBush. Bushmills jest najstarszą destylarnią w Irlandii - a ponieważ whisky jest wynalazkiem irlandzkim możemy przypuszczać, że jest to najstarsza destylarnia na świecie (oczywiście etykieta wymienia ten walor na pierwszym miejscu). BlackBush dojrzewa w beczkach po sherry - i cudowność aromatu, który dobiegł mnie po otwarciu butelki jest nieopisana. BlackBush jest zamykany klasycznie - korą z drzewa korkowego (nieszczęsne bourbony w większości zamyka się nowoczesnym plastikiem z kulką - jak wódkę). Z racji posiadania bliskiej rodziny na emigracji w tamtych stronach dostałem pierwszego BlackBush'a wcześniej niż był on dostępny w Polsce oficjalnie. W pięknym opakowaniu z dwoma firmowymi szklankami (na 400-lecie - widoczne na zdjęciu) jakoś 4-5 lat temu. Zapach zaraz po otwarciu butelki skojarzył mi się z tytoniem, który kiedyś paliłem w latach palenia fajki - śliwkowa Amphora - mocne i dojrzałe śliwki zjedzone pod samym drzewem w chłodny dzień. Potem wyczytałem gdzieś w internecie, że to ulubiony drink Bono. Byłem bardzo dumny. Nie stosować w ilościach większych, niż 3-4 drinki. Niby odmiana blended, ale czar wielki.

Naprawdę trudno powstrzymać się od tego, by nie być fanem whisky. W 2 godziny po degustacji czuję ciągle zapach i posmak kukurydzy/śliwki/orzechów. Alkohol też jest ważny. Gdyby nie alkohol - nie napisałbym tego posta. Poza tym - jak podobno powiedział Frank Sinatra - wielki znawca i zwolennik whisky - Nie ufam ludziom, którzy nie piją.

poniedziałek, 11 lipca 2011

The remains of the day (5)

Burza była zupełnie wyjątkowa. Żadne zdjęcie tego nie odda.



piątek, 8 lipca 2011

Morze pomaga

Szczególnie tym mieszkającym na drugim końcu kraju. 8 godzin podróży, ponad 700 km podczas których doceniłem jeszcze bardziej krajobraz naszej ojczyzny. Patrząc na to, co nas otacza odnalazłem chwile lekkiej wzgardy dla zagranicznych podróży. Przypominał mi się ten dowcip o dwóch kotach spacerujących po pustynnym Egipcie: Ty wiesz co stary? Nie ogarniam tej kuwety...

Warszawa - w nocy


Gdańsk - nad ranem

Gdynia - chwilę później (oni tam, jak na Śląsku, nie mają wynalazku zwanego wsią)

No i w końcu większa woda - w okolicy Pucka oczywiście

No i morze...






Ale nie tylko:






Wypiłem ponad 15 litrów piwa, zaliczyłem ulubiony styl wspinaczki (tzw. onsight) na sztucznej ścianie, przewiozłem ponad kilogram G. G. Marqueza, którego nawet nie otworzyłem (to informacja dla Paranoid'a ;) ). Wiało jak jasna cholera, ale i tak się wykąpałem. Deszcz był w całym kraju, ale tam nie padało.

Pojedźcie nad morze. Warto.