czwartek, 30 października 2008

Menstruacyjnie

Większość znajomych trąbi dziś o menstruacji. I w tzw. wirtualnym świecie i w tym realnym. Rzekłbym, że nawet powstały na blogach "komentatorskie grupy menstruacyjne". Boję się wtrącić komentarz. Nie wiem co może mnie spotkać :)
To "se" napisze chociaż u siebie. Wiele kobiet dotkniętych jest dziś tą czasową przypadłością. Co wcale nie oznacza, że należy ją leczyć. Wystarczy przetrwać. I znaleźć pozytywne aspekty. Np takie:

C*** 11:41:02

kurde tampon mnie uwiera. czuję jakbym siedziała na kołku
C*** 11:41:07
a jak się poruszę to hohohooooo !
xRes 11:41:09
hhhahahahahah
xRes 11:41:17
to se wymien kurde!
C*** 11:41:21
(mam nadzieję że nie jesz teraz ;) )
C*** 11:41:23
(ja tak)
C*** 11:41:33
ale ze mnie świnia
C*** 11:41:39
jestem przesympatyczna
xRes 11:41:42
mnie to nie obrzydza
C*** 11:41:45
no tak, zapomniałam
C*** 11:41:55
no mnie mój źle włożony tampon tez nie brzydzi ;)
xRes 11:42:24
hmm - właściwie to mało co mnie obrzydza z takich rzeczy...
xRes 11:42:31
anyway - teraz są takie sprytne tampony, że dodają do nich takie małe woreczki w które się wkłada zużyty tampon jak nie masz gdzie dyskretnie wyrzucić :)
C*** 11:43:19
no wiem
xRes 11:43:48
no ja wcześniej nie widziałem takiego wynalazku :)
C*** 11:44:31
z podpaskami jest podobnie, tzn. z niektórymi
C*** 11:45:05
ja tam wolę powiesić na drzewie
C*** 11:45:09
taki czerwony tampon ;)

(***)

C*** 11:45:49
a nie słyszałeś tej prasłowiańskiej legendy?
xRes 11:45:55
Nie - za młodu opowiadano mi innego rodzaju baśnie
C*** 11:46:51
że jedna dziewoja miała miesięczne krwawienie i wraziła se tam zwinięty w rulon kawałek płótna i rozwieszała na drzewach potem
C*** 11:47:03
coby wyschło
C*** 11:47:25
i jechał se drogą wielce urodziwy młodzieniec - i zobaczył te szmaty, no i myślał że tam kogoś męczą że tak krwawi i postanowił uratować ofiarę
C*** 11:48:19
no i trafił do tej osady, zobaczył ową rumianą dziewoję i się zakochał
C*** 11:48:27
no i od tej pory- jak podanie głosi, każda samotna dziewczyna co by ściągnąć do siebie oblubieńca…
C*** 11:48:55
no wiesz co robi :)
xRes 11:49:01
kurde...
C*** 11:49:05
tradycja taka świecka

(***)

Dalej nie napiszę.

poniedziałek, 27 października 2008

Kiss in my sobriety

Nie wyjdę stąd normalny. Kolejne dni uświadamiają mi, że ludzie dookoła nas mają tak wielki wpływ na nasz charakter. I każde wydarzenie, które nas spotyka zostawia swoje echo. A echo dudni odbijając się od ścian - tym mocniej, im bardziej pusty jestem. Im więcej mnie spotyka - tym więcej oczekuję. Skrupulatnie kolekcjonuję porażki - wyobrażam je sobie i wymyślam dowody, by udowodnić winę i przyczyny.
Bardzo współczuję moim przyszłym towarzyszom życia i gratuluję niedoszłym. Posyłam im pocałunek. Wszystkim. Bo zwykle wybaczam słabości. Najchętniej samemu sobie. A pocałunek przecież tak wiele umie załatwić...

poniedziałek, 20 października 2008

Grey's Anatomy

Kiedy spędzasz z kimś życie...
Czasem macie razem dzieci, itd...

Myślisz, że zawsze będziesz czuć ten rodzaj miłości.

Ale małe fragmenty naszej osobowości są codziennie odrywane...

Przez drugiego człowieka...

Potem już sam pozbawiasz się kolejnych fragmentów, żeby pasować do tego drugiego człowieka...

A potem, pewnego dnia, patrzysz w lustro.
I nawet nie wiesz już kim jesteś.

-Grey's Anatomy-

Chyba oglądam za dużo seriali obyczajowych.
Powinienem oglądać Gwiezdne Wojny.
Przecież lubię Gwiezdne Wojny.

sobota, 18 października 2008

Soap Opera vol. 30

- Oszalałaś?? Myślisz, że ukradłbym mi kartę pamięci z telefonu? Po jaką cholerę mi ona??
-
(płacze) Nie wiem. Pytam. Tam miałam wszystkie zdjęcia...
(domyślam się - również to moje - nagie i upokarzające - które zrobiłaś z ukrycia, kiedy spałem i wysłałaś mi z podpisem "pamiętaj że nie mieszkasz sam")
(cisza)
- Kiedy porozmawiamy? Prosiłam tyle razy o to na komunikatorze.
- Porozmawiajmy teraz. Nie będę rozmawiał o takich sprawach przez komunikatory. Mówiłem to wielokrotnie.
- Dobrze. Więc? Zadałam ci pytania.
(jak zwykle nic nie wyjaśniasz od siebie ani o sobie - za to zadajesz miliardy pytań które uspokajają ci sumienie)
- Skąd ta nagła potrzeba rozmowy?
- A podoba ci się takie życie? Będziemy się już zawsze mijać? Obok siebie?
- Nie podoba mi się. Dziwię się tylko, że tobie dopiero teraz zaczęło przeszkadzać.
(cisza)
- O czym marzysz? Jak chcesz żyć?
(dziwne uczucie - przez tyle lat po raz pierwszy słyszeć takie pytanie)
- Moje marzenia znacznie ograniczyły się od ostatnich wydarzeń. Marzę tylko o... świętym spokoju i wypełnieniu swoich obowiązków. Nie będę w stanie spełniać swojej roli nie mając spokoju.
(jakże pojemnym pojęciem jest "święty spokój"...)
- Jakich "ostatnich wydarzeń"?
- Myślę o naszej rozmowie w której dowiedziałem się że mnie nie kochasz. Dla mnie dość ISTOTNE wydarzenie.
(cisza)
- Czyli interesuje cie tylko praca?
- Nie. Interesuje mnie życie.
(znowu tylko pytasz a ja odpowiadam)
- Spotykasz się z kimś?
- Spotykasz się z kimś?
(cisza)
(cisza)
(cisza)

- Nie pójdę na święta do twoich rodziców
(co ma piernik do wiatraka??)
- Co ma piernik do wiatraka?
- Chcę żebyś wiedział że zaparłam się. Zawsze mnie nienawidzili. Ale starałam się. Już nie będę. Nie chcę ich odwiedzać, ani żeby oni tutaj bywali.
- Nigdy nie ciągnąłem cię za włosy do swojej rodziny. Nie odwiedzasz ich.
- Nie zależy ci na tym, żebym tam poszła?
- Nie zależy mi na tym, żebyś robiła to wbrew sobie. Nie pójdziesz jeśli nie zechcesz.
- Nie chcę też żeby (syn) szedł.
- Będę go namawiał żeby poszedł ze mną.
(cisza)
- Teraz mówisz o tym na zimno bo jest jeszcze daleko do świąt. Ale będzie inaczej - poczujesz atmosferę świąt i będzie inaczej.
- Czego oczekujesz? Że nie odwiedzę własnych rodziców w święta? Nie będę się wyżywał na tobie jeśli nie chcesz tam iść. Myślisz, że jestem takim człowiekiem?
- Nie. Nie jesteś. Tylko mówię...
(cisza)
- Będzie mi bardzo przykro. Ale pójdę sam jeśli będę musiał. Potem dołączę do was u (twojej matki i twojego brata).
- Ok.
(...)
(dlaczego ciągle rozmawiamy o moich rodzicach?)
- Czego pragniesz?
(to nie film - nie powiem ci "pragnę ciebie i twojego szczęścia")
- Ubezpieczyć (syna) na życie. Nie w sensie czyjejś śmierci. Żeby dostał jakieś pieniądze w wieku 25 lat. Powinienem był to zrobić ponad 10 lat temu. Ale..

(ale chciałem
, żebyś i ty coś miała z życia głupia cipo mimo moich zasranych wtedy zarobków - sama pamiętasz jak było)
- Co to znaczy?
- Że dostanie kilkadziesiąt tysięcy, kiedy skończy studia. Na start - żeby sobie poradzić, jeśli ja nie będę mógł mu pomóc. Nie wiem ile dokładnie wyjdzie. Wkrótce mam rozmowę na ten temat.
(cisza)

Cisza wypełnia moje życie.
W rozdzieleniu. I tęsknocie za łącznością.
Po rozdzieleniu zawsze zostaje takie puste miejsce - z jego dna szepczą coś duchy. Jak w tej piosence.


Severance (Rozdzielenie)

Rozdzielenie

Ptaki odlotu nawołują do nas
A my stoimy
Obdarowani strachem przed lotem

Nad ziemiami
Wiatry zmian konsumują ziemię
A my zostajemy
W cieniu lat, które teraz są przeszłością

Kiedy wszystkie liście już opadną
I obrócą się w proch
Czy pozostaniemy wciąż w okopach własnych wyborów?

Zobojętnienie
Plaga która kroczy przez nasze ziemie
Jak znaki prorocze
Kształtu rzeczy w przyszłości


sobota, 11 października 2008

***

Chory facet jest jak dziecko.
Zrób mi herbaty i pogłaszcz - będę grzeczny.

Czytać w takt na "30"

Autobus zatrzymuje się, kierowca uśmiecha się do Ciebie, okna lśnią i jest mnóstwo drobnych. W rzędzie pojedynczych siedzeń po lewej ostatnie jest wolne, jakby było na nim Twoje imię, Twoje ulubione. Autobus rusza, światło zmienia się na zielone, gdy się zbliża, a facet rozgryzający nasiona słonecznika zbiera łupiny do brązowej papierowej torebki.

Kontroler w starszym wieku nie prosi Cię o bilet, uchyla tylko kapelusza i bardzo sympatycznym głosem życzy Ci miłego dnia.

I będzie to miły dzień. Bo to Twoje urodziny. Jesteś rozpromieniona,jesteś ładna i masz całe życie przed sobą. Jeszcze cztery przystanki i kierowca zatrzyma się, tylko dla Ciebie. Wysiądziesz z autobusu, nikt Cię nie będzie popychał i drzwi nie zamkną się, dopóki nie wyjdziesz. I autobus odjedzie, pasażerowie będą szczęśliwi z Twojego powodu, będą myśleć: "Jaka to radosna i śliczna dziewczyna", a facet z ziarnami słonecznika będzie ciągle machał na do widzenia, dopóki nie zniknie Ci z oczu.

Jeśli ktoś potrzebuje powodu - masz urodziny, a w takim dniu zdarzają się miłe rzeczy. I szczeniak biegnący teraz w Twoją stronę pomerda ogonem, kiedy go dotkniesz. Kiedy jest specjalna data, nawet psy to wyczuwają. W Twoim mieszkaniu ludzie będą czekać w ciemnościach, za pięknymi meblami, które sobie wybrałaś. Kiedy otworzysz drzwi, wyskoczą i zrobią Ci niespodziankę. Dokładnie tak, jak powinno być na imprezach niespodziankowych. Jak na filmach.

Oni wszyscy tam będą, ludzie, których kochałaś i kochasz. Ci najbliżsi i ci, którzy najwięcej znaczą. I przyniosą prezenty, które sami kupili albo wymyślili. Prezenty z natchnieniem oraz rzeczy przydatne. Zabawni będą zabawiać, bystrzy będą oświecać, nawet melancholijni uśmiechną się prawdziwie. Jedzenie będzie niewiarygodne, potem podadzą truskawki i na zakończenie koktajl waniliowy z najlepszego lokalu w mieście.

Puszczą kompakt Stinga i wszyscy będą słuchać, puszczą płytę Satiego i nikt nie będzie się czuł smutny. A ci, którzy żyją sami, nie będą czuć się samotni dziś wieczorem i nikt nie będzie pytał: "Mleko czy śmietanka?", bo wszyscy oni znają się już nawzajem. W końcu wyjdą - a ci, od których chciałaś pocałunków, pocałują Cię, a ci, od których nie chciałaś, jedynie uścisną Twoją dłoń. I tylko On zostanie, Twój mężczyzna, milszy i delikatniejszy niż kiedykolwiek.

Jeśli będziesz chciała, będziecie się kochać długo i namiętnie albo on będzie masował całe Twoje ciało olejkiem, specjalnie kupionym w starym beduińskim sklepie. Musisz tylko poprosić i on przygasi halogenową lampę, i będziecie siedzieć tam objęci, czekając na świt.

I w ten magiczny wieczór ja też tam będę, pijąc swój koktajl waniliowy i uśmiechając się do Ciebie prawdziwym uśmiechem. A zanim pójdę, jeśli będziesz chciała - pocałuję Cię. A jeśli nie, jedynie uścisnę Twoją dłoń.

>Etgar Keret<

piątek, 10 października 2008

Bez powodu

Słuchałem całym dzień Chopina. Tak naprawdę to nigdy go nie lubiłem za specjalnie, bo dysonans dźwięków jednoinstrumentowych nie przemawia do mnie. Ale udało mu się stworzyć kilka naprawdę łamiących serce utworów...

Po całym dniu wracam do domu. W "międzyczasie" syn dzwoni do mnie upewniając się jak zwykle, że będę w domu niedługo. Zawsze się martwi... Ale dziś jest weekend. Nie nocuje w domu. Jestem sam i mam zamknięte oczy. Wyłączam telefon. Nalewam wodę do wanny. Rozbieram się i patrzę na siebie w dużym lustrze. Nim zdążę zastanowić się na upływającymi latami wchodzę do nieznośnie gorącej wody. Mija prawie 90 minut. A Chopin ciągle gra mi w głowie. Miesza mi się obowiązek z potrzebą uwolnienia się. Nie wiem, co jest dobre, a co złe. Za dużo tego. Jestem prostolinijny. Wręcz prostacki. Nie przemawia do mnie metafora ukrytej złośliwości. Zawsze spływa gdzieś pomiędzy klawiszami lub strunami instrumentu na którym wygrywają muzykę, której akurat słucham.

Wychodzę wreszcie. Człowiek po gorącej kąpieli jest jak oczyszczony. Słodki smak tytoniu owocowego wypełnia mi płuca. Usmiecham się. Zupełnie bez racjonalnego powodu.


wtorek, 7 października 2008

Uważaj na sny - jeszcze się spełnią...

Uwielbiam czarne garnitury. I czarne koszule. W stroju oficjalnym łatwo mnie rozpoznać, bo nigdy nie zakładam jasnych koszul. Zawsze są czarne. Nawet do czarnych garniturów. Daje mi to poczucie pewności siebie. Pewnie bierze się to z tego, że kiedyś usłyszałem coś w tylu - o kurwa ależ ty poważnie wyglądasz. W końcu miło być uznanym za "poważnego" człowieka... Bardzo lubię też grywać w Darts. Gra dla skupionych i dokładnych. Nie zawsze mi wychodzi, ale... Dobra zabawa. Mam też grupę przyjaciół - nie widzianych od lat - jak każdy z nas chyba. Kiedy za młodu byliśmy w stanie oddać za siebie życie - a teraz nie stać nas nawet na jeden telefon.

W sali ze szwedzkim stołem zebrało się kilkunastu facetów w czarnych garniturach. Wśród rozmów o starych czasach i o tym ile kto teraz zarabia słychać tylko jeden kobiecy głos. Śmiech. Oznaka dobrej zabawy. Nie wiem dlaczego nie ma innych kobiet. Wszyscy - niby gentlemani bez podtekstów, a jednak każdy z zainteresowaniem zabawia swoim towarzystwem i dowcipem kobietę w czarnej sukni. Siedzi na antycznym fotelu. Chciałoby się powiedzieć za Stuhrem - późne rokokoko. Wyrzeźbione pracowicie ręką rzemieślnika poręcze i tapicerka we wzory. Miękka, ale na sprężynach. Kobieta jest śliczna. Ma długie włosy i śmieje się tak słodko... Kiedy wybucha radością jest taka pozbawiona wulgarności i "alkoholowej" radości dzisiejszych czasów... Na szyi ma elegancką aksamitkę ze srebrnym wisiorkiem... Wygląda jak... suka. Rasowa suczka - obiekt pożądania psychicznego i fizycznego. Zęby zaciskają mi się na same, kiedy zerkam na tą rozbawioną gawiedź podjadając coś ze stołu i udając, że w ogóle nie interesuje mnie ta adoracja. Choć patrzę łagodnym spojrzeniem - myślę o bardzo gwałtownych uczuciach. Wszyscy mężczyźni to moi przyjaciele. Flirtują niepostrzeżenie z kobietą, z którą tu przyszedłem.

Nagle ktoś wpada na zupełnie abstrakcyjny pomysł. Zaczynają grać w "darts". Tyle tylko, że gra polega na rzucaniu lotek w roześmianą kobietę na krześle. Rzucają raz za razem, każdy po kolei. Żaden z nich nie trafia. Lotki wbijają się w ścianę dookoła jej głowy. Aż przychodzi moja kolej. Hej - no dawaj - to impreza - bawimy się - twoja kolej stary... Uśmiechniete twarze zachęcają mnie do rzutów. Wszyscy są tacy zadowoleni... Łącznie z Nią - siedzi na krzesle przy ścianie, a wokół niej powbijane lotki - Harrows z ostrymi końcami, na milimetry od jej ślicznej głowy... Czuję się jak w horrorze. Wszyscy się śmieją i popijają drinki - a mnie ogarnia zimno. Zawsze mi zimno, kiedy się denerwuję... Mam zimne dłonie i zaczynam drżeć niepostrzeżenie. Ktoś podaje mi lotki. Lubię lotki. Często grywam. Jestem z tych, co przychodząc do knajpy wyciągają własny zestaw, który przez kolejne kilka minut podlega procesowi rozpakowania z pudełeczka, składania i pielęgnacji - układania skrzydełek - wymianie o-ringów, itp... Ale tym razem mam serdecznie w dupie, co mi dają. Udaję zmieszanego, niechętnego, jak uczeń nieprzygotowany do zajęć. Boże, niech oni się ode mnie odczepią. No dalej stary - rzucaj - wszyscy już rzucali. Jakoś kurwa nie zauważyłem - wpatrzony w tą roześmianą buzię... Wszyscy patrzą na mnie. Wszyscy. Czekają, jakbym tym rzutem miał zbawić świat i uratować ziemię od zagłady. I zostać błogosławionym Brucem Willisem z Armageddonu. Boże - ja nie mogę. Czuję, że nie uda mi się wywinąć. Zaczynają mi się trząść dłonie. Mam prawie łzy w oczach - widzę w wyobraźni jak rzucam lotką w Jej stronę i... - oczywiście trafiam. W policzek. Krew zaczyna płynąć i spływa na tą śliczną aksamitkę. Nie mogę rzucać! Bo trafię! Ja nie mogę rzucać! Boże - zrób coś...
Potem widzę tylko zawiedzioną twarz starego przyjaciela - lekko drwiącą, który z miną zimnego profesjonalisty zabiera mi z dłoni lotki i ostentacyjnie rzuca w stronę krzywo uśmiechniętej kobiety. Nie trafia. Ona nawet nie przymyka oka, kiedy lotka leci w stronę jej oka i ląduje na mikrometry od jej głowy wbijając się w ścianę. Tylko patrzy na mnie. Jakbym był najważniejszy. I najbardziej zawiódł.

Obudziłem się. Po 2 godzinach. Pomyślałem, że to tylko pomieszanie uczuć, które gdzieś w głowie kłębią się ukradkiem u każdego i dają swój wyraz w marzeniach sennych. Ktoś mi podrzucił mi interpretację - bardziej nastawioną na związek z faktami. Może ma rację - może nie. Szkoda, że jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że co w tym jest. Łatwiej jest nie wierzyć. A ja przecież tak lubię iść na łatwiznę.

sobota, 4 października 2008

Lady Nina

Maluje się. Około 20 minut. Ładnie - robi to od 20 lat. Makijaż podkreśla jej styl i jednocześnie jest koniecznością w związku z kłopotami z cerą twarzy. Nigdy nie wychodzi z domu bez makijażu.

Za kilka minut słyszę świst lakieru wydobywającego się z opakowania. Dużo - zapuszcza znowu włosy. Potem antyperspirant - tania porada dla skrywanej potliwości. Obrzydliwy - ale sprawdza się jako neutralizer. Potem markowy dezodorant. 150 ml wypuszczane w przestrzeń w 14 dni. Na łóżku czekają 2 pary spodni. Jedne wydają mi się dobre - drugie są dość stare. Myślę: "Pobiegnę na stację BP w bokserkach jeśli je założy". Nie... te założone jakieś dziwne... Wymiana. Chwila zastanowienia. Długie westchnięcie. Kolejna wymiana. Dobre. (Oczywiście - nie muszę nigdzie biegać). Ale bez pończoch coś jest nie tak. Tak... W pończochach lepiej. Chyba. Wchodzi na wannę i w akrobatycznej pozycji ogląda tyłek w wysoko zawieszonym lusterku łazienki. Mam nadzieję, że winyl nie spowoduje ześlizgnięcia się i połamania nóg. Będzie kłopot. A wypiłem już piwo.

Spodnie ok, ale koszula przestała pasować. Wymiana. Jest ok. Cisza.

Zakłada buty. Niedobre. Za krótkie. Założone spodnie sięgają lekko przed kostki. Wybiera inne. Kozaki. Słuszny wybór. Gruba podeszwa i lekko sportowy wygląd. Ubiór odmładza o wiele, wiele lat. Umie się ubrać. Wysokie tony zgrzytu zamka torebki. Perfumy - sygnały wysyłane w 4 rozpyleniach - po 2 na każde ucho.
Checkpoint.

Całość zajmuje 53 minuty. Lady Nina - where did all the romance go?

Nie wiem czemu, ale zawsze wtedy myślę o tej starej piosence sprzed wielu lat. Tragikomiczny oryginalny Marillion zawsze trafiał do mnie. Zdaję sobie sprawę, że często byłem żałosny puszczając głośno wymowne kawałki zdając sobie sprawę, że i tak tylko ja rozumiem o czym wyje wokalista. Ucz się synu języków. Musisz. Nie znasz dnia ani godziny.

Lady Nina - I'd love to take you home with me.
But I love my wife. And my family.
I've got a good job, responsibilities... And I need to keep respect from society.
I know you never act with me. I know that you're in love with me.
So how do I compare to the sailors of the ships of the night?
Was I all right??
Did you come tonight, Lady Nina, to make your marks?
You've made your marks...

Nie chce mi się tłumaczyć całego tekstu. Brzmi mi tylko w głowie końcówka - finał wydarzeń:
Ebony flowers pinned to a velvet cushion in a red light...
And Edith Piaf sings a lullaby for the night...
Just making marks. Just making marks...

piątek, 3 października 2008

*

Mam tytoń wiśniowy. Tak się ładnie rozpływa po domu. Niesie go "duduk". I alkohol. Jak to w piątek - z zamkniętymi oczami.



I zdjęcie: żeby nie było pustki takiej jak jest.