Coraz częściej mam wrażenie, że rozmijam się z prawdą o sobie samym. Szukam różnych interpretacji swoich zachowań, a człowiek jest zwykle prostszy niż mu się wydaje. Rządzą nim, i ogólne i przyporządkowane przez dzieciństwo, prawa, do których mu się zdaje, że ma prawo i obowiązki, które jak mu się zdaje, musi spełniać. A cała ta walka wewnętrzna, której się poddaje, jest tylko wyrazem słabości charakteru. Bo tak naprawdę człowiek w pewnym wieku jest już sformułowany przez to, przez co go przeprowadziło, przeciągnęło - bądź przeczołgało - dzieciństwo. A i tak, mając nadzieję, że w innym życiu byłby inny - rozmija się z prawdą - byłby dokładnie taki sam.
Staram się nie rozpatrywać już tak często, kim jestem i dlaczego właśnie nim. Calvinia napisała ostatnio post o wyglądzie. Przeczytałem go dokładnie i obejrzałem "internetowe" propozycje. I zastanawiałem się, którą postacią jestem. Bo którąś jestem choć nie noszę damskich ciuchów. Powstał obraz człowieka, któremu się trochę nie udało i nie może tego przeboleć - ale mijając któregokolwiek czytelnika, czy czytelniczkę, na ulicy - w nieświadomości tego, kto jest kim - czym będę się różnił od blondi z długimi paznokciami, którą chciałem wysłać do fryzjera?? Noszę 4 obrączki - może to jak paznokcie u niej? Uwielbiam gadżety - mam Zippo i płaszcz, w którym chodzę, jakbym nic innego nie miał w szafie. Rzadko się golę, bo mam to w dupie. Nie polubicie mnie, jak mnie spotkacie na ulicy. Nie noszę pęku kluczy przypiętych do spodni, które wkurwiająco dzwonią i dają znać, że oto do sklepu wszedł "swój chłopak". Żartuję ze sprzedawczynią w spożywczaku, bo zawsze z uśmiechem sprzedaje mi alkohol. Idąc z synem po ulicy - wyglądam jak jego wujek. Rano ZAWSZE mam zły humor. Od dwóch miesięcy wieczorami zwykle coś piję - jak nie piję, to myślę o piciu. Jak nie myślę o piciu - to znaczy, że już śpię... I jak tu ze mną wytrzymać? :) Żona twierdzi, że to wina mojej rodziny, bo tak mnie okropnie wychowali i musiała się męczyć "10 jebanych lat" - aż doznała oświecenia. Ja też doznałem. Jest stara paremia prawnicza, która mówi, żeby nie zmieniać czegoś, co zawsze miało jednoznaczną interpretację. Bo się zepsuje. To o mnie.
wtorek, 12 lutego 2008
Minime sunt mutanda, quae interpretationem certam semper habuerunt
Subskrybuj:
Posty (Atom)