piątek, 4 kwietnia 2008

Life is what you make it

Jest dziewczyna - ma 27 lat. Skończyła farmację - zawsze dobrze radziła sobie w chemii, biologii, tym podobnych dziedzinach, kórych nigdy nie czułem... Ładna - zwraca uwagę mężczyzn na ulicy, choć przy bliższym poznaniu potrafi "odrzucić" - wymaga pracy, by ją odkryć. Ma w sobie wady, które ciężko zwalczyć lub pogodzić się z nimi - ma zalety, które potrafią ukoić "najgorszego faceta". Budzi się nagle i myśli: To już długo... Brak mi czegoś... Muszę to zmienić... Poznaje faceta - przystojny, męski, bardzo zabawny - dusza towarzystwa - nie sposób się z nim nudzić. I jeszcze zabiega... Ma jakieś maleńkie wady - np. dziwnie się ubiera (nie outsider - po prostu brak gustu), ale to przecież nie jest istotne. Można go naprostować... Poza tym... chyba ok. A tak bardzo brak czegoś co by nadało sens i głębszy cel w życiu, więc... A co tam - pobierzmy się, skoro o tym wspomina. To chyba dobry czas. Nie ma na co czekać. "Życie stygnie....". Wspaniały ślub - piękne zdjęcia. Wysoki facet i dumna dziewczyna. Za jakiś czas rodzi się dziecko - zaplanowane i przemyślane. Żadnych przypadków! Śliczna dziewczynka - Ola. Słodki uśmiech i długi czas szczęścia, ale... Coś jest nie tak. Wszyscy dookoła coś robią - znajomi, przyjaciele - z czymś walczą, do czegoś dochodzą lub próbują dojść. Robią pieniądze, dzieci, coś się dzieje - życie jest prawdziwe... A dziewczyna stoi w miejscu i dopada ją wątpliwość - coraz częściej i częściej... Nie jest dobrze - dobra rodzina męża (w miarę bogata i znana w okolicy) okazuje się nie do zniesienia. Matka z nieprzyjemną chorobą. Brak szacunku dla dziewczyny. Nikt jej nie zauważa jako człowieka tylko jako żonę męża. Mąż - przezabawny ale... - nic poza tym. Nieporadny życiowo, miękki i giętki jak trawa na wietrze. Wszystkich chciałby uszczęsliwić, tylko że... nie wie jak. Zmienia zdanie co chwilę, a dziewczyna wpada w przerażenie. Jak to możliwe, że wcześniej tego nie widziała?? To XXI wiek - epoka dzieci kwiatów minęła, a kiedy trzeba pójść do sklepu i zrobić zakupy - najlepiej to widać... Człowiek nie odnajduje się czasem w rzeczywistości - o zasadach i wartościach, które chciałby wyznawać dawno już zapomniał. Więc podejmuje decyzję - jak wielu innych - może wyjadę, gdzieś na wyspy, tam coś zdziałam... I wrócę. To szczyt jego decyzyjności. I tak dobrze - coś z siebie wykrzesał... Robi jak mówi i wyjeżdża - na razie na 2 lata. Ale dla żony, dziecka, świata dookoła... - to wieczność. Nic już nie jest takie samo - zostają tylko pretensje: o wychowanie dziecka, o pieniądze, o wszystko czego tylko można się czepić w imię wyładowania własnej frustracji... Nie dogadują się. Już zupełnie nie umieją rozmawiać. On nie przyjeżdża nawet na święta... - praca. Mario słyszy głosy od stałych mieszkańców "wysp" - stary, jemu tu jest dobrze, pracuje w nocy, w dzień śpi, czasem się zabawi w towarzystwie - jakaś impreza, potem znowu spokojnie do pracy... - zna język dobrze, dogaduje się jakoś. Smutne gratulacje - dla wszystkich językoznawców... A potem już wiedzą - ona nie będzie mieszkać z jego rodziną w jego dużym domu - więc wraca do matki (równie zfrustrowanej) - on nie splami się po powrocie mieszkaniem u teściów - poza tym musi się zająć rodzicami... Więc będą mieszkac oddzielnie - jak "prawdziwa XX wieczna rodzina". On - stęskniony za "czułością". Ona - dobra "żona" - przygotuje coś fajnego do jedzenia, bo lubi - i będzie patrzyć na faceta uśmiechnieta kiedy ten jej daje buziaka ustami umorusanymi "calzone". Do widzenia kochanie...
Wyjaśnijmy sobie - to nie moja historia. To historia mojej przyjaciółki z dawnych lat, która żaląc się mi na gg daje dowód na to, że czasem spotykamy się, by zrozumieć, że szukamy czegoś innego. I że trzeba umieć patrzeć w różnych kierunkach - nie tylko w tym, w którym nasz wzrok jest akurat odwrócony. I że tzw. świadomy wybór jest zwykle błędny - lepiej dać się "ponieść" czemuś, by później móc się łatwiej dostosować w imię miłości, w imię szacunku, potrzeby. Jak do zwał tak go zwał. Kochasz kogoś bo jest "kimś" zupełnie nieokreślonym - za to, kim jest bez definiowania rzeczy, które go określają. Jeśli starasz się świadomie wybierać - najprawdopodobniej polegniesz jako ofiara własnych wymagań, które określą się dopiero "po czasie". Po fakcie. Wtedy dopiero dopadnie cię żal, którego nie zniesiesz i wyładujesz frustrację na kimś, kto miał być na nią lekiem. Do widzenia.
Baby, life's what you make it - can't escape it.
Baby, yesterday's favourite - don't you hate it?
Ev'rything's alright - live's what you make it - ev'rything's alright.
(***)
Baby, life's what you make it - celebrate it
Anticipate it - yesterday's faded.
Nothing can change it - life's what you make it.