piątek, 24 września 2010

Błogość

Błogość jest lekarstwem na stres, a stres jest wtedy, gdy idziemy drogą której nie znamy, im szybszy rozwój tym więcej stresu i tym większe potrzeby rozładowania go błogością.
Im większa świadomość, przytomność tym więcej widać i czuć, a to co widzimy czasem przypomina koszmar, no i trzeba to jakoś zrozumieć, wytłumaczyć sobie, a najlepiej dowiedzieć się dlaczego powstał. Błogość nam w tym poszukiwaniu ułatwia sprawę.
Ale jak uaktywnić błogość jeśli się nie zna metody kontemplacji z błogością ?

(m73 na forum RozwójDuchowy) 

Nie można kontemplować z błogością baranie. Można jej poszukiwać w kontemplacji jako wynik. Rzeczywiście - najgorzej jest, kiedy idziemy drogą, której nie znamy. Ze swej strony proponuję znane powszechnie (niektóre również i tobie) warianty:
1. Nawalić się - bezcenne, jak dla mnie, działanie równoważące nastój. Jakkolwiek nie podejść do tego - uspokaja. Oby niezbyt często. I nie za mocno.
2. Pobzykać się - chwilowe i złudne, gorsze niż alkohol, wywołuje koszmarnego kaca moralnego u średniointeligentnego - nie polecam - chociaż u niektórych działa.
3. Nawpieprzać się czekolady, czy czegokolwiek co zawiera cukier w odpowiedniej odmianie - nie polecam, trzeba chyba zjeść z 15 kg, żeby efekt był odczuwalny - chociaż u niektórych działa.
4. Zakochać się - podobno najlepsze. W sprzyjających okolicznościach. Więc nie wiem tak naprawdę czy polecam czy nie polecam. Polecam zastanowienie.

Po co o tym pisze? Bo zrobiłem coś bardzo głupiego - nie powinienem był. Może to właśnie to nieświadome (lub świadome właśnie) poszukiwanie błogości. Człowiek tak straszliwie i desperacko poszukuje czasem tego stanu, że nie patrzy na nic. Lekki strzał adrenaliny w czymś zakazanym rozpływa się po ciele jak wspomniany w pkt. 1 alkohol. A skoro alkohol już wcześniej zdążył się rozpłynąć to cokolwiek innego z tej dziedziny dokłada nam "szczęścia". Na przykład punkt 2....
Na szczęście (podobno) nie pobzykałem. To dopiero bym miał kaca moralnego. Nic konkretnego nie pamiętam właściwie. Pamiętam tylko cygańską urodę studentki któregośtam (??) roku bankowości, która uśmiechała się do mnie dziwnie przyjaźnie - dziwnie, jak na kogoś 14 lat (??) młodszego. Potem pamiętam tylko trawnik osiedlowy o 5 nad ranem i siebie leżącego na nim z nią. Zgubiłem swoją wyszperaną na allegro  kurewsko drogą zapalniczkę i zostawiłem gdzieś ulubioną czapkę (dziś znalazłem na szczęście obie rzeczy pod pewnym drzewem - szukałem kryjąc się jak gówniarz). Czuję się okropnie - nigdy mnie coś podobnego nie spotkało ze swej własnej strony. Zgubiłem chyba również siebie, ale nie mogłem się odnaleźć pod tym drzewem,  może powinienem poszukać gdzieś indziej. Na razie nie wiem gdzie - dlatego nie szukam jeszcze - na razie tylko myślę o tym. Drzewo nie powiedziało mi niczego. Dobrze, że przynajmniej drzewo mnie rozgrzesza "niemo". Nikt inny tego nie zrobi.
Nie pamiętam, jak wróciłem do domu i kiedy. Na swetrze miałem długie, kręcone czarne włosy. Znalazłem je następnego dnia.

M*** Naprawdę nic nie pamiętasz?
xRes To przeze mnie? Kto zaczął? Mów szczerze.
M*** Ty.
xRes Nie wierzę.
M*** Nie pamiętasz po prostu.
xRes Odezwała się ta, co pamięta.
M*** Pamietam.
xRes Gówno tam pamiętasz.


Przypomniał mi się ten kawałek Coldplay, który mam nagrany do samochodu. Że robimy coś bardzo trudnego, ale i tak to robimy, bo nie umiemy się powstrzymać.



And the hardest part was letting go, not taking part
It was the hardest part
And the strangest thing was waiting for that bell to ring
It was the strangest start
I could feel it go down
- bittersweet, I could taste in my mouth
Silver lining the cloud

You left the sweetest taste in my mouth
You're a silver lining the clouds


Kto rozumie - ten rozumie. Kto nie - niech się uczy języków. Bądź położy się na trawie o 5 rano. W gąszczu czarnych włosów nie pamiętając, gdzie jest i kiedy. Na chwilę odczuje błogość.