niedziela, 23 grudnia 2007

Beton w ustach

Pewna znajoma (42 lata) niedawno powiedziała mi: "Kiedy byłam młoda, miałam bardzo romantycznego chłopaka. Kiedy zwiedzaliśmy ruiny w Kazimierzu Dolnym, wbiegł na wieżę i krzyknął do mnie - Księżniczko! Kocham Cię!" A kiedy zaczął padać deszcz zaczynał tańczyć i mówił: Zobacz, uciekam przed kroplami, żadna na mnie jeszcze nie spadła..."
Bardzo przyjemne wspomnienie. Tyle, że to romantyzm licealny. Każdy dorosły mężczyzna zostałby uznany za pensjonariusza domu specjalnej troski. Więc tak naprawdę, chyba nie chodzi o tęsknotę za romantyzmem, tylko za utraconą młodością, której nikt z nas nigdy już nie odzyska. Za tą wspaniałą infantylnością tak naturalną, że nikt z nas nie śmiał wątpi
ć w jej prawdziwość...

Żona opowiedziała mi o pewnym koledze, z którym lubi spędzać potajemnie czas - spotyka się w knajpach, rozmawiać. Myśli nawet, że on się w niej trochę podkochuje... Miał niełatwe życie, jest ciągle samotny, do pracy wstaje o 4 rano, bo pracuje gdzieś fizycznie i bardzo dużo pije... "Jest taki romantyczny" - mówi o nim.
Nie wątpię. Wysoki poziom krzywdy życiowej wyzwala w nas ten tak zwany romantyzm. U każdego z nas. Czasem wszyscy grywamy w tej wielkiej orkiestrze romantycznej skrzywdzonych - a kiedy ktoś, kto współczuje, podłapie chwytliwy rytm, bo i jemu akurat nie jest najlepiej na świecie, stajemy się szczęśliwsi, czujemy ulgę. To paradoksy ludzkiej osobowości, których nigdy sobie nie wyjaśnię. Górowanie emocji nad rozumem. Więc kim lepiej by
ć - "romantycznym" skrzywdzonym, ale kochanym, czy twardym i pewnym siebie, ale w ostatecznym rozrachunku odrzuconym jako pozbawiony uczuć, które gdzieś z biegiem lat zniknęły? To chyba ta nieznośna ciężkość bytu czyni z nas bardziej otwartymi na uczucia innych. Kiedy jesteśmy szczęśliwi - nie szukamy romantyzmu, nie piszemy sentymentalnych blogów. To żal nas napędza...

Nie jestem często w stanie odpowiedzie
ć na wasze komentarze. Czasem ktoś pisze: mam beton w ustach, kiedy cię czytam, czasem ktoś pisze coś co wywołuje u mnie wiele emocji i mam ochotę natychmiast odpowiedzieć, ale nim zbiorę myśli i ułożę je w słowa, ktoś inny napisze: jesteś chłopie porąbany, nie wiesz co tracisz - a ja myślę sobie: może rzeczywiście? A może każdy ma rację w jakiejś części? Łatwiej byłoby być prostszym - zdecydowanym w swej istocie - człowiekiem. Ale mój licealny romantyzm spłynął gdzieś z tymi kroplami deszczu, przed którymi każdy z nas kiedyś uciekał. Teraz błąka się między umowami o współpracę z partnerami w interesach, a rachunkiem za kreację na Sylwestra dla mojej żony. A - paradoksalnie - odnajduje się wtedy, kiedy spotykam kogoś innego. Odmiennego, niż kochana przez tyle lat kobieta. Co nas tak zżera z biegiem lat, że stajemy się w pojęciu najbliższych innymi ludźmi? Przecież wciąż jesteśmy tymi samymi w głębi duszy. Czy beton w ustach tak nam się rozlewa, że nie umiemy już rozmawiać z biegiem lat jak dawniej? I tylko nieszczęście nam potrafi rozpuścić tę okropną papkę codzienności w ustach tak skutecznie, że wraca nasz "romantyzm licealny", nasz taniec godowy, nasza energia... Po latach, tylko nasz żal czyni nas ludźmi.

Wczoraj po raz trzeci spotkałem się z I*** - w jakiejś okropnej, za głośnej, pełnej gówniarzy knajpie. I żal znowu mnie napędził. I ją też. Płakała. A mnie coś ściskało za serce. Aż w końcu o 1.00 w nocy zadzwoniła jej matka (!!!) żeby jej przemówi
ć do rozsądku, że "przecież nie można tyle czasu siedzieć w knajpie z żonatym chłopem". Ale ten żonaty chłop był bardzo szczęśliwy przez te kilka godzin, bo jak zwykle poszedł na łatwiznę - wyciągnął mężatkę do knajpy w małym mieście po to, żeby się lepiej przy niej poczuć... Choć trochę pobyć z kimś, kto umie jeszcze rozmawiać, przywoływać miłe wspomnienia, czuje bardzo podobnie i na dodatek jest ładną dziewczyną... A zapewne powinien był pomyśleć: jeśli masz choć trochę szacunku dla tej ładnej dziewczyny, daj Jej spokój, bo przyniesiesz Jej tylko ból i nieprzyjemności. Ale nie - taki rozżalony człowieczek musi myśleć o sobie, przecież nie zniesie nadchodzących pierdolonych świąt, które trzeba będzie spędzić w domu bez chociaż maleńkiej chwili ulgi, którą przyniosło to wczorajsze spotkanie...

Mój sms dziś wieczorem:

Kotku napisz mi czy wszystko ok u Ciebie bo jakoś się martwię, że wciagam Cię w takie nieprzyjemne tematy i teraz Ci źle przeze mnie - powiedz chociaż że miałaś dobry, albo zły dzień...
Jej odpowiedź:
Miałam cały dzień umoralniania przez matkę - nie sposób tego opisać. Będzie dym po świętach.
Za chwilę:
Jak ty ładnie do mnie mówisz - będzie mi się lepiej spało. Buziaki.
Moja odpowiedź:
Przepraszam, że Cię to wszystko przeze mnie spotyka. Śpij dobrze - przytulam Cię najmocniej jak mogę...

Chyba po prostu nie mam odwagi być mężczyzną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz