poniedziałek, 18 lipca 2011

Whisky to mężczyzna

W przeciwieństwie do wina, które z pewnością jest kobietą. Bardzo lubię whisky. Przynosi spokój - opadają emocje. Hiszpańska sukienka z winogron daje emocje i podkręca do działania. Whisky daje ukojenie - jak przed zgonem. Chcę o tym napisać, bo akurat została mi butelka bourbona, którym się właśnie raczę. Poza tym - to chyba też przez wspomnienie weekendu z czarnym Jim Beam'em. Bardzo imponują mi kobiety pijące whisky bez rozcieńczania colą, czy wodą. Znam niewiele takich.


Problem z whisky polega na tym, że jest mocna i trudno docenić wszystkie jej walory jeśli nie umie się jej pić. Jako w miarę doświadczony pijak mam kilka swoich subiektywnych (ale sprawdzonych wielokrotnie) propozycji na temat tego jak zachować się w towarzystwie tak mocnego faceta - faceta, który potrafi przeleżeć 12 lat i ciągle jeszcze dawać przyjemność swoją obecnością. Mądrzę się trochę, ale miałem dobrą podstawę teoretyczną nim zacząłem popijać whisky (znajomy barman i lektura pewnego poradnika koneserskiego, którego tytułu już nie pamiętam) - bez niej ciągle odczuwałbym traumę, której przebłyski wiążą się z Johnnym Walkerem wypitym w wieku szczenięcym bez przygotowania - w formie najtańszego z najdroższych drinka ze szklanką wypełnioną lodem po brzegi. Rzecz była na tyle obrzydliwa, że - uwierzcie - od ponad 20 lat nie wziąłem do ust Jasia Wędrowniczka. I jakoś mnie nie ciągnie.

Jak to się popularnie mówi - wzrok, węch i smak. Tak w skrócie powinniśmy chyba odbierać whisky. Osobiście zauważyłem, że część rytuału picia nosi znamiona snobizmu - ale po zastanowieniu się nad nimi stwierdzam, że to tylko znamiona. Nalewamy do szklanek typu tumbler albo do koniakówek. Albo do takich dziwnych kieliszków w kształcie tulipana. Tu już jest pierwsza pseudo-snobistyczna niekonsekwencja - czemu akurat tumbler skoro tulipan (czy zwykła koniakówka) lepiej się sprawdzi? Bo tulipan wygląda... pedalsko (przepraszam za wyrażenie). Koniakówka zresztą trochę też. Whisky w kieliszku smakuje gorzej niż w tumblerze i koniec! Tulipan jednak przydaje się do tego, czemu służy koniakówka - jego kształt zatrzymuje intensywny aromat trunku - a tego nie sposób pominąć. Ale zanim cokolwiek - to ja zawsze wącham szklankę. Nie wiem jaką inni mają wodę w kranach, ale ja zawsze po powąchaniu szklanki czuję, że była myta wodą z kranu. Dlatego tumblery płukam wodą mineralną. Szklanka musi być sucha, bo woda - nawet jeśli już nie śmierdzi rurami - to i tak trochę zniekształca whisky. Jak nie mam wysuszonego tumblera po mineralnej (a nigdy nie mam) to wycieram ręcznikiem papierowym po przepłukaniu. Szkło nie może być zimne - ani ciepłe. Po prostu "pokojowe" - tak jak whisky. Pamiętajmy, że to nie jest trunek orzeźwiający - orzeźwić to się można mineralną gazowaną w upalny dzień czy piwem (niezależnie od upalności dnia). A to ustrojstwo miewa nawet 70% więc prędzej nas sczyści jak kota po rabarbarze niż orzeźwi. I lejemy trunek - tak gdzieś do 1/4 szklanki. Nie dlatego, że takie są obyczaje tylko dlatego, że nie wypije się tego szybko, a nie możemy doprowadzić do momentu, kiedy za bardzo wywietrzeje. Lodu zdecydowanie nie polecam. Tu (moim zdaniem) snobizm - jak dodajemy już ostatecznie lód to mówią, żeby dodawać whisky do lodu, a nie odwrotnie. Bzdura. Nie ma żadnej zauważalnej różnicy. Ma natomiast miejsce okropny proces - nalejcie sobie tak kiedyś i zobaczcie pod światło jak whisky walczy z lodem - nigdy nie da się przeniknąć. Zawsze będzie to coś na kształt wody wlanej do oleju - gęste maziaje wodnistej substancji o obrzydliwym smaku zabijające również aromat. Naprawdę można się zrazić - znika aromat whisky, a zostaje mieszanina wody i jakiegoś bliżej nieokreślonego alkoholu. Dla mnie to smród wywietrzałej wódki. Dlatego - bez lodu.

No to najpierw wzrok - proponuję podnieść szklankę nieco do światła. Przechylić lekko i wykonać kilka powolnych ruchów okrężnych tak, żeby whisky zalała ścianki naczynia. 2 lub trzy razy dookoła. Zobaczymy piękny kolorek - zwykle to karmel, którym zabarwia się whisky, ale w najdroższych gatunkach widać lekkie zmętnienie. W tych hiper drogich - nie destylowanych odmianach można napotkać nawet maleńkie fragmenty drewna beczki, w której leżakowały. Po chwili zobaczymy jak tworzy się tzw. korona z trunku - a po kolejnej chwili zacznie on spływać po ściankach i wytworzy łzy. Im grubsze i masywniejsze łzy - tym mocniejsze whisky. Cała ta chwile płacze. Im powolniej - tym lepiej. Smutek zawsze trwa długo.

Potem węch - teraz przydałoby się wsadzić nos w szklankę - dosłownie. I wykonać głęboki wdech. Odczujemy cały aromat i przyzwyczaimy nozdrza do mocy, która w nas zaraz wstąpi. I odbierzemy pierwsze sygnały charakteru trunku. Proponuję 2-3 bardzo powolne, ale głębokie wdechy. Alkomat by pewnie zwariował po takiej inhalacji. Ale to konieczne - żeby nas nie zatkało potem - bo to zniekształci odbiór.  Ano właśnie - zapomniałem - niczego nie jemy przez kilka godzin przed degustacją!!! Nawet piwowarzy przychodzą do pracy bez śniadania.

No i smak - ja pierwszy łyk biorę maleńki. Bardzo maleńki. Rozlewam trunek po całym języku, żeby przyzwyczaić kubki smakowe do mocy, która ogarnie je za chwilę. Trzymam whisky na języku przez kilka sekund - język musi ostygnąć - zagotować się i przyzwyczaić do tego, co go spotka. Absolutnie nie pozwalam, żeby alkohol spłynął gdzieś niżej poza nieckę, którą tworzy język - to daje nieprzyjemne uczucie podrażnienia, które chociaż chwilowe to jednak zaburza moim zdaniem odbiór. Jeśli już tak się stanie to lepiej odczekać kilka minut i ponowić wstępnego małego łyczka. A potem łyk "właściwy". Nigdy zbyt duży. Nigdy nie pijcie tak, jak robią to na filmach - łyk i połknięte - lepiej kupić Wyborową i się nawalić - podobny efekt będzie, a koszt wyjdzie poniżej 20 złotych za pół litra. Porcja powinna być dużo większa, ale znowu polecam zrobić z języka łódkę i zamknąć ją podnosząc język do podniebienia - żeby się nic nie wylało. Potrzymać przez ok. sekundę i połknąć.

Piękno whisky odnalazłem w tym, że ma wiele etapów - i tak naprawdę to KAŻDY łyk smakuje inaczej pierwszy jest najmniej przyjemny, drugi i trzeci - najpełniejsze, czwarty bywa wręcz boski, kolejne - odkrywają tzw. aftertaste. Nawet po odstawieniu butelki pozostaje delikatny posmak i aromat trunku - wspomnienie beczki, w której leżakował. Po wódce będzie tylko smród - po 2 szklankach widocznego na zdjęciu bourbona czuję kukurydzę. Po kolejnej - beczkę.

Ostatnie 2 tygodnie spędziłem pod znakiem whisky intensywniej, niż zwykle. Gatunków jest tysiące i umrę zanim spróbuję ułamka procenta mocy, która w nich drzemie. Dlatego krótko tylko polecę to co dobrze pamiętam smakowo z ostatnich 2 tygodni: Jack Daniels - popularny bourbon. Bourbon to w zasadzie whisky - tyle tylko, że biedni amerykanie po posadzeniu jęczmienia na swej rodzimej ziemi odkryli, że za cholerę nie chce rosnąć. A ponieważ bez jęczmienia nie ma whisky - można wyhodować na jałowej glebie np. kukurydzę i nazwać to bourbonem. Ale polecam, bo naprawdę czuć kukurydzę o bardzo smacznym "drugim" smaku - a poza tym jest to trunek przepuszczany przed leżakowaniem przez węgiel drzewny z drewna klonowego (lej musi mieć co najmniej 3 metry). Tak naprawdę to też nie jest to bourbon tylko - jak twierdzi etykieta - Tennessee whisky, ale nie przesadzajmy. Bourbon dla mnie to coś, co - zgodnie z zasadami - zostało wyprodukowane z zacieru zawierającego co najmniej 51% kukurydzy - czyli po amerykańsku. Nie ważne przez ile kilometrów węgla to przepuszczono - to nie whisky. Smakuje ten trunek bardzo dobrze, ale nie wiem, który z aromatów jest klonowy - po prostu jest dobre i już. Jim Beam Black - klasyczny bourbon, ale polecam zdecydowanie bardziej niż Jacka Danielsa - intensywny i baaardzo przyjemny smak. Lekki, nie dusi przy zbyt dużym łyku. W sumie jednak niezbyt długo zostaje w ustach. Etykieta twierdzi, że leżakuje 3 razy dłużej w opalanych dębowych beczkach niż klasyczny Jim Beam i muszę przyznać, że bardzo mu to służy. Z pewną dozą wstydu przyznaję się do wypicia 8 tumblerów w jeden wieczór. No i mój faworyt - Bushmills BlackBush. Bushmills jest najstarszą destylarnią w Irlandii - a ponieważ whisky jest wynalazkiem irlandzkim możemy przypuszczać, że jest to najstarsza destylarnia na świecie (oczywiście etykieta wymienia ten walor na pierwszym miejscu). BlackBush dojrzewa w beczkach po sherry - i cudowność aromatu, który dobiegł mnie po otwarciu butelki jest nieopisana. BlackBush jest zamykany klasycznie - korą z drzewa korkowego (nieszczęsne bourbony w większości zamyka się nowoczesnym plastikiem z kulką - jak wódkę). Z racji posiadania bliskiej rodziny na emigracji w tamtych stronach dostałem pierwszego BlackBush'a wcześniej niż był on dostępny w Polsce oficjalnie. W pięknym opakowaniu z dwoma firmowymi szklankami (na 400-lecie - widoczne na zdjęciu) jakoś 4-5 lat temu. Zapach zaraz po otwarciu butelki skojarzył mi się z tytoniem, który kiedyś paliłem w latach palenia fajki - śliwkowa Amphora - mocne i dojrzałe śliwki zjedzone pod samym drzewem w chłodny dzień. Potem wyczytałem gdzieś w internecie, że to ulubiony drink Bono. Byłem bardzo dumny. Nie stosować w ilościach większych, niż 3-4 drinki. Niby odmiana blended, ale czar wielki.

Naprawdę trudno powstrzymać się od tego, by nie być fanem whisky. W 2 godziny po degustacji czuję ciągle zapach i posmak kukurydzy/śliwki/orzechów. Alkohol też jest ważny. Gdyby nie alkohol - nie napisałbym tego posta. Poza tym - jak podobno powiedział Frank Sinatra - wielki znawca i zwolennik whisky - Nie ufam ludziom, którzy nie piją.

6 komentarzy:

  1. nikt nie skomentował?
    to może ja,
    ale nie na temat łyski-co-smakuje-jak-woda-z-mydłem
    zapytam raczej co tam obok robią goldensy amerikany ??? hmm?
    też popalamy?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie przekonałeś mnie. Ja nie ufam facetom, a whisky to mężczyzna. Zbyt mocny, zbyt charakterystyczny, zbyt konkretny. Zbyt piękny, i zbyt niedostępny. Ale przekonałeś mnie do procesu celebracji picia. Choć ja nie pijam whisky, i nie planuję jej pić, to pijam delikatniejsze trunki, traktując je z równie wielkim szacunkiem, pietyzmem i pełną estymą. A ponieważ wino to kobieta, to ja wybieram właśnie je:). I chyba tylko ja potrafię szukać godzinę tej jednej jedynej właściwej butelki do planowanego przeze mnie posiłku, czy spotkania, dopóki nie wybiorę tej idealnej !!
    A tak btw - to niedawno kupiłam komuś, na kim mi zależy, książkę pt. "Sprawdź co masz w kieliszku". Bo lubię by inni wiedzieli co piją:):)
    pzdr

    OdpowiedzUsuń
  3. choć nie piję takich trunków to powiem, że opis sugestywny i niepozbawiony zacięcia literackiego:-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jest jeszcze coś takiego na świecie jak gust. Ja za whisky przepadam. Namawiano mnie wiele razy, próbowałam różne i nic. Jakoś tak się składa, że większość mężczyzn, których lubię, pije ten trunek:) Inne mocniejsze pijam. Jestem w końcu kobietą ze Wschodu:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie zaimponuję:)
    Kilkanaście lat temu kupiłam whisky na promie Dover-Clais.
    Nie samkowała, ale została wypita z braku laku:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ech, dużo literówek zrobiłam, czego nie znoszę, chyba za dużo hiszpańskiej sukienki winogronowej;)

    OdpowiedzUsuń