wtorek, 13 maja 2008

Charakter

Lubię kiedy dni mają płeć. Jednoznaczną i określoną. Kiedy nie są jak mężczyzna bez wyrazu czy kobieta bez czegokolwiek w sobie. Kiedy nie patrzą na mnie z tym obrzydliwym "niczym" w oczach. Kiedy nie rzygam na samą myśl o tym, że nadchodzą lub że ciągle trwają. Kiedy nie chcę już siedzieć samotnie w pracy nie chcąc jednocześnie wracać do domu. Ale one ciągle mi się przydarzają. Fatalny obrazek niech dopełni świadomość, że jakiś czas temu zostałem ofiarą losu nr 1, miejscowym jeleniem, osiedlowym klownem. Okazuje się, że wszyscy dookoła robią co chcą, mając mnie w dupie: żona spotyka się z kimś zupełnie jawnie, a ja - oczywiście tylko w świadomości ogólnospołecznej - jestem ten "dobry" i trzymam wszystko w kupie. Podobno całuje kilkanaście metrów od domu kogoś z sąsiedztwa a ucieszona gawiedź rozwija temat do niemożliwych wprost rozmiarów donosząc radosne wieści każdemu - tylko nie mnie. Jak każdą opinię ogółu - należy wszystko to dzielić przez "cztery" - jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zawsze jest gdzieś ukryte ziarenko prawdy. Tak czy inaczej - jest to prawda o mnie samym, bo przecież ciągle się dowiaduję czegoś o sobie - patrząc na to jak reaguję na wydarzenia, które się rozgrywają, odbierając opinie, które próbują mnie dotknąć...
Nie wiem sam jak mam traktować własne podejście do życia - nie myślę już o tych wszystkich głosach wokół siebie i nie reaguję zupełnie na zaczepne uwagi. Tyle tylko, że w te bezpłciowe wieczory trudno jest dostrzec siebie - skupić się na byciu ojcem swojego dziecka, mieć spokojne spojrzenie w przyszłość i "lekką rękę" do mądrych decyzji. Szukam teraz rozpaczliwie jakichś oznak życia u samego siebie. Staram się uczestniczyć w tym, co "się zwykle robi". Jeżdżę na rowerze z dzieckiem, organizuję sobie jakoś wolne dni - żeby uniknąć samego siebie. W sobotę odwiedziłem techno-party w miejscowym klubie z grupką znajomych. Tak tak - kierując się myślą przewodnią pt. "geriatrycy na tańcach" i błogosławiąc nieobecność braci studenckiej zajętej odbywającymi się właśnie koncertami na wolnym powietrzu daliśmy się ponieść nocnym szaleństwom. O dziwo - zupełnie na trzeźwo! Dwa pietra łomoczące muzyką w 3 salach - kolejno: od lekkiego rytmu lat 80-90 poprzez tzw. hity na czasie po najtrudniejszą odmianę techno w najgłęszej i najbardziej skłębionej ludzkimi ciałami sali... I tam w elektrycznym transie koło 3 nad ranem odnalazłem się na chwilę - kiedy koło mnie błyskały spocone i rozgrzane twarze a to młodych dziewczyn i ich chłopców ściskających je w biodrach, a to czterdziestoparolatka który przez okulary patrzył na latające kule światła... Przy najbliższym filarze 2 nastolatki z zamkniętymi oczami całowały się namiętnie co chwilę przerywając akt po to, żeby posłać sobie lubieżny uśmiech - po chwili dołączył do nich chłopak i pocałował kolejno najpierw jedną, potem drugą, po to, żeby za chwile złączyć się z nimi w potrójnym pocałunku - wzbudzając ciekawskie spojrzenia i uśmiechy niektórych tańczących. Przesada...? Nie - nawet jeśli, to chyba nie wtedy. Ich widoczny młody wiek i zupełnie pretensjonalny ubiór odbierał trochę wiarygodność temu, co robili, ale... To był taki moment, kiedy muzyka i atmosfera działa zupełnie narkotycznie. Oparem uczuć, które wywołuje, zanosi ci ręce do góry i masz ochotę przylgnąć do kogoś, kto pociąga cię w jakiś sposób. Nie zrozumie tego chyba ten, kto tego nigdy nie poczuł. Ja poczułem - brakowało mi tej słodkiej bezpruderyjnej dziewczyny, którą - gdyby była ze mną - złapałbym za włosy i pocałował ostro i głęboko rzucając ją na najbliższy filar. Tak zajęci sobą nie zwracalibyśmy uwagi na tych dookoła - tak jak oni nie zwracaliby na nas specjalnej uwagi... Wiem, że potem popatrzyłaby na mnie wyzywająco i powiedziała oczami: "Powtórz to - tylko mocniej. Niech sobie patrzą, jak mają ochotę." A potem wrócilibyśmy do tańca, żeby po zupełnym opadnięciu z sił wyjść na taras na dachu budynku i wypić drinka patrząc na nocną panoramę miasta. I znowu - zamiast wrócić do tańca myślałem o tym, że brak mi jej towarzystwa... Myślę sobie, że do pewnych rzeczy trzeba mieć "charakter". Do życia w różnych jego formach i przejawach. I nie ważne, czy dotykasz rozpalony ciała przyciśniętego do marmurowego słupa i językiem szukasz półotwartych ust w rytmie dudniącej oszałamiającej muzyki, czy idziesz wcześnie rano specjalnie dla kogoś po bułki do spożywczego. Po prostu trzeba mieć charakter. I płeć. Jednoznaczną i określoną.


W Twoich oczach



W Twoich oczach światło i ciepło
W Twoich oczach jestem spełniony

W Twoich oczach widzę wrota do tysiąca kościołów
W Twoich oczach widzę rozwiązanie wszystkich bezowocnych poszukiwań

W Twoich oczach światło i ciepło
Chcę być tak spełniony
Chcę dotknąć światła
I ciepła, które widzę w Twoich oczach

2 komentarze:

  1. U mnie dni sa codziennie takie same. Malo kolorowe i stanowczo bezpłciowe. Nawet nie wiesz jak bardzo chciałabym decydować o tym jaki będzie dzień ubierając bieliznę.

    OdpowiedzUsuń
  2. mysliuczesane14 maja 2008 16:40

    no tak ktoś musi być zawsze tym rogaczem zza winkla (zakrętu)....

    OdpowiedzUsuń