piątek, 7 marca 2008

***

To się chyba nazywa "masakra". Rozpadam się już na takie drobne pieprzone kawałeczki, które chrzęszczą pod butami, kiedy się na nie nadepnie. Nie znoszę widoku ludzi, do których wypada się usmiechnąć i coś powiedzieć. Nie udaje mi się już tak skutecznie odgrywać ról "normalnego". Nie mam cierpliwości do znajomych, rodziny, kolegów, koleżanek, klientów, kontahentów, Boga i znaków drogowych. Modlę się wręcz każdego popołudnia, żeby żona gdzieś poszła wieczorem i żebym nie musiał jej oglądać, słuchać komentarzy, które albo już mnie nudzą, albo wywołują nieoczekiwaną detonację, wywołującą - nawet zabawny - popłoch w otoczeniu.

(do szwagra)
- Mam coś znakomitego do przetestowania - wpadnij to ci naleję :)
(krótki smiech)
(małżeński komentarz półgłosem - O ile jeszcze będzie co...)
- Do jutra wystarczy!!!
(popłoch w towarzystwie i wilczy wzrok, który ucina wszystkim chęć komentarza, zapytania, zainteresowania...)
(i znowu uśmiech)
- Jeszcze nie wszystko wypiłem - ale musisz się streszczać :)

Prześwietliłem już cały internet i dotarłem do "ostatniej jego strony". Wylali mnie jak beton - i zastygłem. I roztrzaskali mnie. Nikt mnie nie znajdzie bo jestem wszędzie. Mimo potrzeby napisania czegoś - gubię wątek i umiejętność logicznego myślenia i wyciągania sensownych wniosków. Nawet do tego przestałem się nadawać.
http://pl.youtube.com/watch?v=o7K3QBVt-mM

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz