Jeśli nie wystarcza już sama rutyna pracy, człowiek pokonuje swoją nieuświadomioną rozpacz przy pomocy rutyny rozrywek, biernego konsumowania dźwięków i obrazów, jakie stawia mu do dyspozycji przemysł rozrywkowy.
No sukinsyn utrafił chyba... Erich Fromm. Czytałem go kiedyś dużo, acz fragmentarycznie, żeby lepiej pojąć "istotę rzeczy" i choćby przypadkiem w treściach natknąć się na coś co wyjaśni mi lepiej sposób mojego rozumowania i stylu życia. Niektóre rzeczy tego typu - kiedy się je czyta - brzmią tak "oczywiście", że aż dziwne, że się o tym wspomina. Ale czasami wydaję się sam nie rozumieć tego i nie pojmować... dopóki nie przeczytam tych myśli wypowiedzianych jako słowa przez kogoś innego. Dziwne, że myśli się wtedy: no tak - przecież to oczywiste. Ale trzeba było to gdzieś przeczytać, żeby "dotarło"... I niejeden pokiwa głową przeczytawszy powyżej o przemyśle rozrywkowym i samym sobie: tak - to o mnie, tyle że ubrane w zgrabne zdanie...
Pociąg seksualny tworzy na krótko złudzenie związku, a jednak bez miłości „związek" ten pozostawia obcych równie daleko od siebie, jak byli przedtem – zdarza się niekiedy, że zaczynają się siebie wstydzić lub nawet nienawidzić; kiedy znikają złudzenia, dwoje ludzi zaczyna odczuwać wobec siebie chłód i obcość jeszcze wyraźniej niż uprzednio. Czułość nie jest bynajmniej, jak to utrzymywał Freud, sublimacją instynktu seksualnego; jest bezpośrednim wynikiem braterskiej miłości i istnieje zarówno w fizycznej, jak i w niefizycznej formie miłości.
Kolejne "święte słowa" - w szczególności jeżeli chodzi o aspekt czułości - defaultowo pojmowanej zwykle w sferze fizycznej. Szczególnie trudny temat dla mężczyzny, bo jak okazać czułość w sferze niefizycznej i jednocześnie nie wypaść... infantylnie? "niemęsko"? rzewnie? Pewnie dlatego tak mało w życiu tej czułości ze strony męskiej - nie, nie z braku jej odczuwania, tylko z nieumiejętności jej "zdrowego" okazania. Choć faktycznie - specyficzne "betony" wśród facetów mają też swoje miejsce na tym świecie. Często jest tak, że umiejętność bądź próby wyrażania tej czułości w formie niefizycznej działają jak... balsam na żeńską część społeczeństwa. Może to z ogólnego deficytu czułości nieseksualnej, a może z tęsknoty, że chciałoby się mieć kogoś takiego "u siebie" na co dzień. Jakby nie było faktycznie - WSZYSTKIM jest to potrzebne, niezależnie od płci, bo jeśli jest prawdziwe, daje pewien dowód na istnienie między nami czegoś więcej niż tylko seksualnej potrzeby spełnienia się czy ucieczki od rutyny pracy, czy powstrzymania siebie samego przed wspomnianym wcześniej konsumowaniem przemysłu rozrywkowego. Prawda jest chyba taka, że miłość często nie jest niczym innym jak korzystną wymianą pomiędzy dwojgiem ludzi, którzy otrzymują maksimum tego, czego mogli się spodziewać, wziąwszy pod uwagę ich wartość na rynku osobowości. Nie chodzi bynajmniej o stosowanie chłodnych kalkulacji ale o poszukiwanie nieświadome kogoś "na naszym poziomie" - emocjonalnym, intelektualnym, charakterologicznym... Jak go zwał tak go zwał. Oczekujemy cudu we "własnej lidze". Uzupełnienia samego siebie i zrozumienia wzajemnego, które przecież może nastąpić tylko pod warunkiem, że "nadajemy na tych samych falach". Dlatego osobiście z pewnością nigdy nie poczuję "mięty" do szalonej ekstrawertyczki z burzą włosów (każdy w inną stronę...) i sukni do samej ziemi malującej obrazy w stylu kubistów... Nie moja liga... Bo człowiek szuka w drugim czegoś, w czym mógłby się wygodnie i jednocześnie prawdziwie "odbijać" i żeby to odbicie dawało jego prawdziwy obraz, a nie cudze wyobrażenie o nim samym. Bezstresowo. Jestem jaki jestem i oddałem Ci się bo w Twoich oczach widzę prawdziwego siebie. Właśnie: Kochać oznacza powierzyć się komuś bez żadnych zastrzeżeń, oddać się całkowicie w nadziei, że nasza miłość wywoła miłość człowieka, którego kochamy. Miłość jest aktem wiary; każdy, kto ma mało wiary, ma mało miłości. Wszystko pozostaje kwestią podjęcia swoistego ryzyka - pokażę siebie prawdziwego i zobaczymy co z tego wyniknie. To jest droga do tzw. szczęśliwej miłości w najlepszym wydaniu. Bo przecież jeśli zostaniesz pokochany jako prawdziwy TY - zapewne nic tego później nie ruszy. Chyba że twoje własne czyny. I nawet jeśli miłość jako zakochanie odejdzie gdzieś w miarę upływu czasu - to tak naprawdę nie odejdzie tak po prostu, bo pozostawi po sobie coś ważniejszego. Coś co umacnia nas w byciu razem na wiele lat. Cokolwiek to jest - nie umiem tego nazwać po imieniu (zresztą zawsze jest problem, żeby "język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa" :) ). Po prostu - sprawdzi się schemat, że jeśli wierzysz, że jesteś coś wart i poszukasz kogoś we własnej lidze emocjonalnej i zaryzykujesz oddając się - masz wielkie szanse na "wygraną". Nie wystarczy zdawać sobie sprawę z własnej wartości i śpiewać peany na jej cześć. Trzeba oddać to komuś do oceny... Jak powiedział Erich: Muszę obiektywnie poznać drugiego człowieka i siebie po to, aby móc wiedzieć, jaki jest naprawdę, albo raczej aby przezwyciężyć złudzenia,irracjonalnie zniekształcony obraz, jaki sobie o nim wyrobiłem. Jedynie wtedy, jeśli znam obiektywnie jakiegoś człowieka, mogę poznać w akcie miłości jego najgłębszą istotę.
Alleluja. Podpisuję się pod nim.
wtorek, 18 marca 2008
Z serii: "Wynurzenia" z peryskopowej
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz