środa, 5 marca 2008

Hardcore and gentle

Nie bacząc na mrozu szpony tnące i na niepogodę... Dobra, bez przesady - pogoda była przyjemna i chociaż zimno, to świeciło słońce i ludzie w okularach przeciwsłonecznych wyglądali... wiosennie. Zresztą chyba w ogóle ludzie w takich okularach wyglądają szczęśliwie. No więc i Mario takowe przywdział, żeby nie zabić się na najbliższym drzewie i wyruszył w drogę na spotkanie z... wiadomo kim. Człowiek jest jednak ułomny - nie dość, że od rana sraczka psychiczna to jeszcze i inni jadą jakby... wiadomo. Mario jest z tych idiotów co podjeżdżają do ciebie na 3 milimetry i błyskają po oczach gromkim "wypier...!!!". Tak - to mnie przeklinacie, kiedy akurat wam się nie spieszy. Ale mnie się spieszy!! Niespecjalnie się nawet na tym zastanawiał, bo myślał na tym... nietrudno się domyślić, nad czym człowiek wtedy myśli. Tak naprawdę to nad wszystkim i nad niczym. Postanowił jednak, że nie będzie odgrywał "kogoś innego" - ubrał się tak, jak chodzi do pracy, bez zastanawiania się czy to pasuje do siebie czy nie, i będzie przeklinał wtedy, kiedy będzie miał na to ochotę. Oczywiście w granicach tzw. ludzkiej przyzwoitości...
Chwila przerwy, rozwodnione latte i snickers wyprostowały mu kręgosłup, bo za długo w jednej pozycji nie można trwać.
Pełen niepokoju, z dudniącym w słuchawkach BigTimeSensuality - po 2 godzinach, wjechał do tzw. Innego Miasta. Wyjaśnijmy w tym miejscu przyczyny porażki, która nadeszła cichutko i niepostrzeżenie kilkanaście minut później. Mario postanowił zanabyć drogą kupna plan miasta. Którym - jak się okazało - nie potrafi się posługiwać. Przebywał w stolicy chyba 11 razy, ale ZAWSZE albo "przesypiał" albo "przeczytywał" albo z zamkniętymi oczami "przesłuchiwał" podróż. A tu trzeba jeszcze dotrzeć w jakieś zupełnie egzotyczne miejsce... No i zgubiła się kurwa mać sierota. Przeprosiwszy wstępnie telefonicznie Calvinię, udał się w okolice jedynej znanej sobie okolicy - na dole jakaś woda a na górze - firma, w której kiedyś mieli ochotę go zatrudnić. No i czekał udając, że jest zupełnie wyluzowany. Stał i czekał. Nad sobą postanowił się nie zastanawiać, chociaż wiadomo - "ładni"ludzie wzbudzają przyjemniejsze uczucia na pierwszy rzut oka i miło byłoby się spodobać. Palił i myślał - i postanowił rozwiązać odwieczny męski dylemat - ładna czy okropna, ciekawe czy mi się spodoba czy nie. Jak będzie okropna: uśmiechnie się, powie coś miłego i gdzieś sobie pojadą - normalnie. A jeśli nie... - to chyba nie ma co gadać bredni tylko po prostu pocałować i wtedy będzie już sama wiedziała, że... A reszta sama jakoś normalnie sie potoczy. No i przyszła. No i pocałował...

Przyszła hipersłodka dziewczyna, w długich czarnych butach i swoim (jak to sama nazywa - zielonym bandażu), na której widok człowiekowi robi się ciepło na sercu i ma się ją ochotę objąć i przytulić na długi, długi czas. I tak zostać... Psychiczna sraczka wcale mi nie odpuściła (co zapewne było widać) i kiedy usiedliśmy w jakiejś nieodległej jadłodajni, okazało się, że nie odróżniam prawej strony od lewej, a kiedy proponują, żeby się przesiąść na stronę dla palących (bo widzą papierosy na stole) to nie do końca rozumiem, co się do mnie mówi. Nawet jeść się nie dało na początku, więc postanowiliśmy zacząć od piwa. Większość czasu gapiłem się jak lokalny głupek - prosto w oczy - próbując dojrzeć bez wiwisekcji to, nad czym zawsze się zastanawiałem. Bo człowiek zastanawia się: czy ktoś "rodem z internetu" naprawdę jest taki, jak na komunikatorze, jak na swoim blogu, jak w swoim mailu? To coś innego - spojrzeć komuś w oczy, zadać pytanie i zobaczyć, jak się zachowa i jak odpowie. No i wyparzyłem. Jest zupełnie PRAWDZIWA! Jest taka sama we wszystkich "mediach" za pośrednictwem których wcześniej mi się pokazała. Ma słodki głos, który mnie rozbraja i śmiech, który na mnie jakoś dziwnie "działa". A jednocześnie jest w niej coś "mocnego". Trudno to opisać. Po prostu - hardcore and gentle... Big time sensuality.
Czas zleciał mi zastraszająco szybko. I jak to u urodzonego pesymisty - ciężko cieszyć się każdą chwilą... Człowiek jest szczęśliwy, bo ma jeszcze trochę czasu, ale wie, że to już "droga powrotna" i tak naprawdę od tzw. "pierwszego spojrzenia" wiedział, że będzie mu żal odjechać; że każdy upływający od teraz moment zbliża go do tego momentu, kiedy trzeba będzie powiedzieć "do widzenia". A tak by się tego nie chciało. To prawdziwie słodko-gorzkie połączenie. Hardcore and gentle.
Nie chciała dać się odwieźć pod dom. Tylko trochę podjechaliśmy. "Nie lubię długich pożegnań". Nikt ich nie lubi. Ale tak mi było żal, że kiedy szybko wysiadła z samochodu i rzuciła na koniec "Trzymaj się" to miałem wrażenie, że szybko ucieka, a później nawet biegnie. Siedziałem jeszcze kilka minut w samochodzie. Znów mnie coś cholernie ściskało za gardło. I nie mogłem znaleźć w kieszeni papierosów. A kiedy znalazłem to gapiłem się przed siebie zamiast zapalić. Aż w końcu odjechałem. Ale wrócę.

PS. Wiem, że miała być fotorelacja, i początkowo chciałem dać upust ekshibicjonizmowi, ale jak przyszło co do czego to jakoś nie myślałem o zdjęciach... Chociaż zrobiłem 2 w "afekcie":

Przerwa na wyprostowanie myśli i kręgosłupa.

Zaglądanie w talerz Calvinii :)

Tego nie zrobiłem, ale wracałem tędy i o takiej porze - więc prawie się liczy :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz